wyjście
Powrót na poprzednią stronę

Nie wyobrażam sobie życia bez biegania

Rozmowa z Ziutem Woźniakiem, maratończykiem, orientalistą, internautą
Artystka z Montmartre'u
w Paryżu tak mnie widziała w kwietniu 2001r.

Jest połowa października 2001 roku, niedziela. Piękna, słonecznie złota jesień. Siedzimy z Ziutem w kawiarnianym ogródku na Starówce, popijamy piwo. Zaledwie dwa tygodnie temu odbył się XXIII Maraton Warszawski. Mój pierwszy w życiu maraton. Nie, nie brałam w nim udziału, na to jeszcze za wcześnie. Jadąc na rowerach byłyśmy z Daagą obecne na trasie w charakterze obsługi technicznej Ziuta, podawałyśmy mu odżywki, robiłyśmy zdjęcia. Daaga nakręciła nawet film na video. I było to wyjątkowo elektryzujące przeżycie: na własne oczy widziałam, jak Ziut pobił swój rekord życiowy na tym morderczym - a dla mnie jeszcze nieosiągalnym! - dystansie.

Jak to się robi...? Postanowiłam się tego dowiedzieć. Stąd Starówka, kufelek piwa, stąd magnetofon i nasza rozmowa.

Moja mama nauczyła mnie miłości do przyrody.
Mama i przyroda zawsze były dla mnie inspiracją.

Joycat: Od ilu lat biegasz? Skąd zainteresowanie tą dyscypliną sportu?
Ziut: Biegam odkąd pamiętam, zawsze pchało mnie do przodu. Do szkoły podstawowej wychodziłem tak późno, że musiałem biec, aby zdążyć na lekcje. Pragnienie biegania było zakodowane we mnie od zawsze.

JC: Twój pierwszy maraton. Czy przygotowywałeś się do tego biegu w jakiś szczególny sposób?
Z: Był to I Maraton Pokoju. Obecny Warszawski. Taka nazwa funkcjonowała w 1979 roku. Był to w ogóle pierwszy mój udział w biegu ulicznym. Dowiedziałem się o nim z prasy sportowej na dwa dni przed terminem imprezy. Pamiętam, że nie zastanawiałem się ani minuty. Głos wewnętrzny krzyknął: Na to czekałeś! Dzisiaj brzmi to anegdotycznie, ale nie miałem wówczas
Animation Movies. video game. online casino
pojęcia o bieganiu takiego dystansu. Pojawiłem się w biurze zawodów na Stadionie Dziesięciolecia bez badań lekarskich i bez wystarczającej ilości pieniędzy. Na nogach - marnej jakości buty. Miałem w związku z tym bardzo duże problemy z zarejestrowaniem się. Przypadek jednak sprawił, że w biurze pojawiła się osoba, która miała do oddania numer startowy. Skwapliwie z tego skorzystałem, zwłaszcza, że opłata była już wcześniej uiszczona, a badania lekarskie udało się wykonać na miejscu. Cały szczęśliwy i przejęty udałem się na start, który usytuowany był na płycie przed stadionem. Wraz z wystrzałem pistoletu startowego, którego dokonał sam Zdzisław Krzyszkowiak, rozpoczęła się moja przygoda z maratonami. Całkowicie bez przygotowania i biegowej wiedzy udało mi się wówczas przebiec 18 km. Potem zaczęły się maratońskie schody. Walczyłem z dystansem, słabością psychiczną i fizyczną, aby wreszcie po 5 godzinach i 3 minutach osiągnąć upragnioną metę na bieżni stadionu i otrzymać medal.

Bieg na orientację to kontynuacja mojej fascynacji przyrodą...


...daje mi poza tym nieporównywalne z niczym poczucie wolności
 

 

 

JC: Specjalizujesz się w biegach na orientację?
Z: Tak. Ale to jest zupełnie inny typ przeżyć, niż w trakcie maratonu. Jest to konkurencja biegowo-techniczna. A więc potrzebny jest nie tylko dobry charakter w nogach, ale również umiejętność szybkiego podejmowania decyzji na podstawie mapy, terenu i zdobytego doświadczenia. Umiejętne rozłożenie sił fizycznych i intelektualnych dla osiągnięcia celu. Innym, bardzo dla mnie ważnym aspektem biegów na orientację, jest możliwość przebywania sam na sam z przyrodą, często w niezwykłych miejscach, gdzie wydaje się, że człowiek jeszcze nigdy nie zaglądał.

JC: Jesteś prezesem Klubu Biegacza Orientuz. Opowiedz o początkach i o obecnej działalności Klubu.
Z: Bieg na orientację wymaga treningu podobnego do biegu długodystansowego. Wielu biegaczy-orientalistów wykorzystywało zawody przełajowe do budowania formy, jak również sprawdzania swojego stopnia wytrenowania. Kilka lat temu z grupą kolegów, między innymi z Piotrkiem Siliniewiczem i Sylwkiem Przybyłą postanowiliśmy skonsolidować nasze szeregi i w trakcie biegów ulicznych i przełajowych występować pod jedną nazwą, kojarzoną z biegiem na orientację. Tak powstał Klub Biegacza Orientuz. Z jednej strony mamy możliwość pokazania, że biegacze na orientację całkiem dobrze radzą sobie w crossach (wspomnę, że kilkakrotnie zdobywaliśmy puchary za klasyfikację drużynową, między innymi w tym roku w Grand Prix Woli za I miejsce w klasyfikacji klubowej na dystansie 5 km), a z drugiej przybliżamy pojęcie bieg na orientację innym biegaczom.
Klub ma formułę otwartą, co oznacza, że każdy - niekoniecznie orientalista - kto chce się do nas przyznawać, może w zgłoszeniach do zawodów podawać naszą nazwę. Nasza podstawowa działalność polega oczywiście na trenowaniu i udziale w zawodach. Ale prowadzimy również działalność dla innych. To naszym pomysłem jest nowa trasa w Lesie Kabackim, po której obecnie biegamy w zawodach. Organizujemy zawody we współpracy z gminą Białołęka. Jest pomysł, aby rokrocznie odbywał się jeden bieg uliczny i jeden górski na terenie gminy, oba połączone z biegami dla dzieci. W tym roku udało się to zrealizować i mamy nadzieję, że zainteresowanie gminy współpracą z nami nie osłabnie.

Klub Biegacza Orientuz Warszawa jest dobrze znany biegaczom. Wola, Park Moczydło


JC: 23 września w Ostródzie odbyły się Mistrzostwa Polski w Biegu na Orientację. Przywiozłeś z tych zawodów Złoty Medal, moje gratulacje. Czy w tej dyscyplinie biegowej stawiasz sobie na przyszłość jakieś inne, jeszcze wyższe cele?
Z: Jest to mój drugi złoty medal w zawodach rangi Mistrzostw Polski. Kilkanaście lat wcześniej w górach Janowickich koło Jeleniej Góry udało mi się wygrać Długodystansowe Mistrzostwa. Obecne Mistrzostwo jest w biegu klasycznym. Uważam ten złoty medal za duży sukces, gdyż jak wspominałem wcześniej, orienteering to dyscyplina w dużym stopniu techniczna, wymagająca kontaktu z mapą i terenem. Ja w tym roku poświęciłem swój sportowy czas na przygotowania do maratonu. Nie brałem udziału w wielu zawodach rangi krajowej czy też międzynarodowej, jak to było moim zwyczajem w poprzednich latach i wydawało mi się, że tak duża przerwa może mieć istotny wpływ na moją postawę w lesie. Moje główne obawy dotyczyły jednak samego udziału w tych zawodach: na tydzień przed maratonem miałem wykonać bieg w terenie bardzo wymagającym pod względem ukształtowania i przebieżności. Była to mazurska morena z wysokimi wypiętrzeniami i gęstwinami. Spodziewałem się dużego wysiłku i nie mogłem nie dopuszczać ryzyka kontuzji czy jakiegokolwiek nadwerężenia, które potem mogłoby mieć wpływ na bieg maratoński. W ostatniej chwili zdecydowałem się na uczestnictwo w zawodach i opłaciło się.
Jeżeli zaś chodzi o cele w biegu na orientację, to - najważniejszy i stały - nadal biegać, odkrywać nowe tereny, bywać w ulubionych miejscach, spotykać się z przyjaciółmi i móc cieszyć się nadal przyrodą.

JC: Wiem, że należysz do nieformalnego, elitarnego klubu biegaczy, którzy mogą poszczycić się uczestnictwem we wszystkich 23 maratonach organizowanych w Warszawie od 1979 r. Jakie były te pierwsze maratony z przełomu lat 70-tych i 80-tych? Co się zmieniło od tamtego czasu?
Łza się w oku kręci. Stadion Dziesięciolecia spełniał swoją
sportową rolę. Start jednego z maratonów lat 80-tych.


Z: Pierwsze warszawskie maratony, zwane Maratonami Pokoju, związane są ściśle z osobą Tomasza Hopfera. To jemu udało się przekonać wielu ludzi w Warszawie do ich organizowania. Dla biegaczy było to natomiast pospolite ruszenie, gdyż po raz pierwszy mogliśmy wziąć udział w biegu, który zawsze wzbudzał respekt. Wszyscy mieliśmy zakodowane, że ukończenie maratonu graniczy ze skrajnym wyczerpaniem i że jest to wyczyn tylko dla herosów. Okazało się jednak, że temu zadaniu jest w stanie sprostać przeciętny polski biegacz. To był duży sukces psychologiczny Tomka Hopfera. Oczywiście była duża różnica w sprzęcie i innym wyposażeniu sportowym. Biegaliśmy w butach typu Krosno lub w bliżej nieokreślonym obuwiu pochodzącym z Azji. Pamiętam, jak sam kupiłem takie azjatyckie buty i wystartowałem w nich. 
Można w to wierzyć lub nie, ale po zakończeniu jednego z pierwszych maratonów miałem na stopie pęcherz obejmujący około pięćdziesięciu procent jej powierzchni. Takie pojęcia, jak isostar, płyn izotoniczny, pronacja, polary, sport-testery, lycra, chipy były biegaczom kompletnie nie znane. Dość powiedzieć, że na pierwszym maratonie na punktach odżywczych podawano bułki z parówkami, jabłka, herbatę, miętę i kryniczankę. Od 20 km rozpoczęły się biesiady na trasie, ludzie siadali, pojadali i potem próbowali ruszać dalej. Wszyscy uczyliśmy się biegania, biegacze i organizatorzy. Ale z prawdziwym rozrzewnienem wspominam Stadion Dziesięciolecia. To było naprawdę wielkie przeżycie kończyć maraton wbiegając w znany z Wyścigów Pokoju tunel i biec słynną bieżnią pamiętającą wielkie sukcesy polskich lekkoatletów: Krzyszkowiaka, Zimnego, Chromika, Makomaskiego i wielu innych. Tego najbardziej żałuję.


JC: Startowałeś także w maratonie poza granicami Polski. Jakie wrażenia?
Z: Tak, udało mi się wystartować w maratonie w Paryżu 8 kwietnia tego roku. I cały czas jestem pod wrażeniem ogromu przedsięwzięcia. 30 tysięcy uczestników! To, co przeżyłem i zobaczyłem utwierdziło mnie w przekonaniu, że współczesny maraton to profesjonalne przedsięwzięcie. Tu nie ma miejsca na organizacyjne amatorstwo. Oprócz samego wydarzenia sportowego mieliśmy tam wielkie targi wszystkiego, co tylko kojarzy się z bieganiem. Trasa poprowadzona była głównymi ulicami Paryża, start na Polach Elizejskich, meta blisko Łuku Triumfalnego, olbrzymie tłumy widzów pozdrawiających biegaczy, różnego rodzaju zespoły muzyczne rozstawione, co kilka kilometrów. Biegłem w koszulce z napisem Polska. Otrzymywałem osobiste pozdrowienia w stylu Viva Polonia!! i wiele innych oznak sympatii. To zdecydowane pozytywy. A wady? 30 tysięcy ludzi ustawionych na starcie - to duży tłok. Przyszedłem na miejsce startu około 40 minut przed godziną zero. Było miejsce daleko w tyle. Musiałem mocno pokombinować, używając wyuczonej w okresie studenckim techniki wchodzenia przez okno do zatłoczonego pociągu :), aby przeskoczywszy przez wysokie barierki znaleźć się prawie na czele amatorskiego pospólstwa. Miarą tego mojego wyczynu jest 30-sekundowe opóźnienie w przekroczeniu linii startu w stosunku do Kenijczyków. Początkowa faza biegu w takim tłumie też nie była dla mnie najprzyjemniejsza, szczególnie, że moim zadaniem było biec w ściśle określonym tempie. Wolę jednak większy luz. Dlatego też nie ekscytuję się liczbą uczestników w tego typu wielkomiejskich biegach maratońskich i nie zależy mi tak bardzo na tym, aby w Warszawie było ich aż 30 tysięcy. Myślę, że liczba 5 tysięcy stanowi górną granicę mojego komfortu biegowego.

JC: Twoja recepta na sukces sportowy?
Z: Silna motywacja w dążeniu do założonego celu jest podstawą sukcesu, zresztą nie tylko sportowego. Drugim czynnikiem jest chęć ciągłego uczenia się i doskonalenia swoich umiejętności. Biegacz, który uważa, że jest najmądrzejszy i nie potrzebuje rady, ani nie wyciąga rozsądnych wniosków, nie będzie robił takich postępów, jakie mógłby robić. Ja bardzo lubię się uczyć, zdobywać nową wiedzę w dziedzinach, które mnie interesują. Staram się doskonalić mój trening biegowy również w oparciu o swoje własne doświadczenia, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, ale jednocześnie bardzo chętnie słucham i biorę do siebie rady innych. Trzecim czynnikiem jest konsekwencja. Myślę, że jest to moją mocną stroną w treningu. Zaplanowany metodycznie cykl treningowy musi być realizowany i nie może go zakłócać zwykłe lenistwo. W moim tegorocznym 10 miesięcznym okresie przygotowań do maratonu warszawskiego tylko 18 dni było bez treningu.

JC: Nasza dzisiejsza rozmowa sprowokowana została Twoim sukcesem podczas tegorocznego Maratonu Warszawskiego. Pobiłeś swój rekord życiowy. Zdradź mi garść tajemnic, jak przebiegały Twoje przygotowania do maratonu, jak w ogólnych zarysach wyglądał Twój plan treningowy.
Z: Przygotowania rozpocząłem pod koniec listopada 2000 r. Przez 10 miesięcy przebiegłem około 3 500 km, stosując różne ogólnie znane formy treningu. W trening wkomponowany był również udział w zawodach w biegu na orientację. Byłem także w Rożnowie na kilkudniowym noworocznym wypadzie i w moim ulubionym Rytrze w maju. Ta druga wycieczka miała charakter turystyczny. Biegałem głównie na warszawskim Bemowie i w Puszczy Kampinoskiej. Brałem udział w cyklach Grand Prix Warszawy i Grand Prix Ursynowa w Lesie Kabackim, jak również w Grand Prix Woli na dystansie 5 km. W swoim planie przygotowań uwzględniłem też udział w półmaratonach w Wiązownie, Radzyminie i Sochaczewie. Poprzez umiejętne aplikowanie sobie treningu nie miałem żadnych większych problemów zdrowotnych, które w zasadniczy sposób zakłóciłyby proces przygotowań. Przed oczami wywiesiłem sobie transparent z trzema zasadami: Nie daj się złapać kontuzji, Lepiej mniej niż za dużo i Lepiej wolniej niż za szybko. Uważam, że każdy adept sztuki dobrego biegania powinien wbić to sobie do głowy.
Na starcie Maratonu Warszawskiego w 2001r. Który to już maraton z rzędu? Wyszło mi, że dwudziesty trzeci, ale transparent nad linią startu pokazuje coś innego.




JC: Myślisz o czymś szczególnym, gdy biegniesz maraton?
Z: Pozornie wydawać by się mogło, że długi jednostajny bieg jest bardzo nudny. Wielu biegaczy używa walkmanów w celu rozładowania tej pozornej nudy. Ja nie mam tego zwyczaju. Mój bieg jest dla mnie tak absorbujący, że nie jestem w stanie rozwiązać w jego trakcie żadnych bardziej skomplikowanych problemów. Mogę wymyślać jedynie same pomysły i ogólną koncepcję rozstrzygnięć dotyczących niektórych aspektów mojego życia: spraw domowych, zawodowych czy sportowych. W trakcie biegu w Puszczy Kampinoskiej wymyśliłem na przykład serwis internetowy oraz system do obsługi zawodów, zdarza mi się podejmować szereg drobniejszych decyzji. Ale to wszystko podczas treningów. W trakcie zawodów nie mam na to czasu. Zbyt poważnie traktuję start w maratonie, aby móc pozwolić sobie na bujanie w obłokach. Cały czas jestem psychicznie zmobilizowany do kontroli swego organizmu i oceny sytuacji, aby odpowiednio reagować w razie potrzeby. Jeden z obserwatorów tegorocznego warszawskiego maratonu oglądając mnie na trasie odniósł wrażenie, że widzi zamkniętego w sobie i bardzo skupionego biegacza, do którego nic nie jest w stanie przedrzeć się z zewnątrz. Sądzę, że taki właśnie jest mój sposób biegania.

JC: Na mecie Maratonu Warszawskiego widziałam Twoje ręce uniesione w górę w geście zwycięstwa i słyszałam Twoje radosne okrzyki. Jak się czuje maratończyk, który po latach biegania pobił życiówkę uzyskując rewelacyjny wynik 2:58?
Przygotowania do maratonu we wczesnych latach 80-tych.

Z: Od kilkunastu lat zawsze na mecie czułem niedosyt. Zawsze brakowało tego zwieńczenia w postaci zadowolenia z rezultatu. Wielokrotne próby złamania 3 godzin nie powiodły się. Zawsze starałem się potem dociec, jaki był powód tej porażki. Często były to przyczyny obiektywne, takie jak niemożność odpowiedniego przygotowania się do maratonu, a wielokrotnie subiektywne, na przykład duży wpływ biegu na orientację, czy błędy w treningu. Po latach doświadczeń podjąłem w tym sezonie kolejną, bardziej zdecydowaną próbę. Sądzę, że zrobiłem wszystko, co mogłem, aby osiągnąć zamierzony cel. Ale przecież nic darmo. Odbyło się to kosztem innych ciekawych zajęć, a przede wszystkim kosztem rodziny. Akceptacja i psychologiczne wspomaganie ze strony mojej żony były dla mnie bardzo ważne. Nie mogłem jej zawieść. Ten konglomerat napięć wewnętrznych był powodem mego ekspresyjnego zachowania na linii mety. Osiągnąłem swój cel. Nie zawiodłem siebie i moich bliskich. Była to bardzo wzruszająca dla mnie chwila.

JC: A czy podobała Ci się organizacja maratonu? Z różnych źródeł słyszałam niepochlebne opinie o organizatorach.
Z: Niestety. Współczesny maraton to profesjonalne przedsięwzięcie. Cały świat już dawno zrozumiał, że maraton jest wspaniałą reklamą stolicy każdego kraju. Nasz maraton bardzo ustępuje czołówce maratonów światowych zarówno pod względem rozmachu organizacyjnego, jak i nowoczesności oraz atrakcyjności dla biegaczy. Odnoszę wrażenie, że warszawski maraton organizuje grupa amatorów, zdana tylko na swoje - z pewnością skromne - siły. Brak jakiejkolwiek reklamy w Warszawie, w centralnych i lokalnych mediach, brak specjalnie dedykowanej strony internetowej - to podstawowe organizacyjne błędy, za których winę ponoszą władze naszej stolicy. Myślę również, że Warszawę stać na atrakcyjniejszą trasę maratonu prowadzącą najciekawszymi miejscami po obu stronach Wisły. Jeżeli dodamy do tego kompromitujące wpadki techniczno-sportowe, takie jak gazowana woda na punktach odżywczych, przedwczesny wystrzał z pistoletu startowego, arogancja sędziów w stosunku do uczestników tegorocznego półmaratonu, brak elektronicznego pomiaru czasu, z czym wiąże się uzasadnione podejrzenie o skracanie trasy przez uczestników oraz wysokie wpisowe, to rzeczywiście obraz warszawskiego maratonu nie wygląda najciekawiej. Pora, aby władze stolicy oraz działacze sportowi większą estymą zaczęli darzyć ten, bądź, co bądź, najstarszy maraton w Polsce.
Ale z drugiej strony chwała organizatorom za to, że mimo wielu trudności chce im się nadal robić ten bieg. Wierzę, że stać ich lub ich następców na taki maraton, o którym głośno będzie w Europie, a stacja Eurosport będzie zabiegała o jego transmisję.

JC: Czy temu zadaniu ma służyć Ruch Ratowania Maratonu Warszawskiego?
Z: Tak, grupa warszawskich biegaczy postanowiła podjąć próbę przekonania władz stolicy do potrzeby organizowania maratonu na europejskim poziomie. W dniu 11 listopada Pan Prezydent Piskorski otrzyma od nas list otwarty, w którym dajemy wyraz swojemu zatroskaniu niskim poziomem warszawskiego maratonu i prosimy o nowe profesjonalne, na tą imprezę, spojrzenie.

JC: Nie masz czasami wrażenia, że polskie media, zarówno telewizja, radio, jak i prasa, nie dostrzegają tematu amatorskiego biegania na długich dystansach? W niedzielny wieczór 30 września krótką migawkę z maratonu warszawskiego nadała tylko telewizyjna Panorama.
Meta maratonu, początek lat 90-tych. Z mikrofonem - redaktor Sytner.
Wojtku, czy poznajesz tego faceta pierwszego z prawej? Kiedyś się z nim ścigałeś.


Z: Komercjalizacja sportu spowodowała, że media zajmują się głównie profesjonalistami. To jest system naczyń połączonych. Wielkie nazwiska ściągają do siebie sponsorów, którzy chcą zaistnieć publicznie, co sprawia, że interesuje się nimi telewizja. I to jest ten współczesny komercyjny, sportowy światek. Sport amatorski musi jednak żyć własnym życiem. Może istnieć przecież życie lokalne na terenie miasta czy gminy, które też mają przecież swoją prasę, radio i telewizję. I powinny być zainteresowane popularyzacją sportu amatorskiego. Pamiętam wspaniałego Marka Grota, który w latach 60-tych realizował na skalę ogólnopolską telewizyjny program 5 milionów. To były cotygodniowe relacje z zawodów między szkołami w różnych konkurencjach. Istniał cały system rozgrywek od eliminacji regionalnych do finału. Tytuł tego programu oddawał liczbę uczestniczących w tych rozgrywkach dzieci i młodzieży. Drugą osobą, którą koniecznie trzeba w tym miejscu wspomnieć, był Tomek Hopfer. Przypominam sobie jego sportowe podejście do przeciętnego człowieka. W trakcie trwania programu Studio 2, którego był współrealizatorem, nagle pojawił się przed kamerami telewizyjnymi, ale w parku i w dresie.
Patrząc na zegarek, powiedział: Proszę państwa, jest godzina 17, o godzinie 17.30 zaczynamy bieg. Czekam na was w takim razie jeszcze około 30 min., a kto się spóźni to dołączy później. Zaczynały się rozmowy z przybyłymi na spotkanie biegaczami. W ten prosty sposób próbował rozruszać społeczeństwo. Kiedy Tomka zabrakło, zainteresowanie mediów zmalało. Pamiętam sytuację z lat 90-tych, kiedy ktoś w telewizji wpadł na pomysł wystosowania do obywateli apelu, żeby zaczęli biegać. Padło na znanego do dziś komentatora piłki nożnej w Polsce, który siedząc w studio pod koniec swojego programu sportowego powiedział: A teraz proszę Państwa apeluję, abyście zaczęli biegać, bo bieg to zdrowie. Nasza warszawska stacja regionalna WOT próbuje coś robić w tym zakresie, ale jest to stanowczo za mało. Kilkuminutowa migawka z imprezy biegowej nie oddaje atmosfery zawodów, wysiłku zawodników i piękna uprawiania sportu przez każdego człowieka. Brak jest relacji z imprez biegowych, a także programów publicystycznych i szkoleniowych na ten temat.


JC: Gdybyś miał ułożyć swój sportowy panteon - wybrać postacie spośród polskich lub światowych biegaczy, które wywarły na Ciebie największy wpływ - to kto by się w nim znalazł?

Z: Pierwszym sportowcem biegaczem, który zawładnął moją młodą wyobraźnią był Zdzisław Krzyszkowiak. W roku 1960 odbywały się Igrzyska Olimpijskie w Rzymie. Miałem wtedy dziewięć lat. W domu nie było telewizora, oglądałem więc transmisję siedząc na podłodze między nogami dorosłych w klubie NOT w Nowej Hucie. Pamiętam ten szaleńczy doping sali, który i mnie się udzielił, kiedy zaczęło się ostatnie okrążenie i pan Zdzisław fruwał nad przeszkodami. Wygrał. Potem nastąpiła dekoracja zwycięzców i kiedy usłyszeliśmy pierwsze dźwięki Mazurka Dąbrowskiego, jeden z widzów obecnych na sali krzyknął: Powstań!!!. Wszyscy, jak jeden mąż, wysłuchali naszego hymnu w postawie na baczność. Od tego czasu bardzo mocno interesowałem się lekkoatletyką, a biegami w szczególności. Przyszły bardzo emocjonujące mecze międzypaństwowe, które namiętnie oglądałem nie mogąc się doczekać występu pana Krzyszkowiaka. I jakaż była moja radość, kiedy przystępując do swego pierwszego maratonu, miałem zaszczyt być wystartowanym przez mojego pierwszego sportowego idola.
Drugim biegaczem był Bikila Abebe. Zdobył na tych samych igrzyskach w Rzymie złoty medal w maratonie. W tamtych latach biegacz, który ukończył maraton był w oczach przeciętnego człowieka bohaterem. To był niewyobrażalny wyczyn, o którym myślało się w kontekście legendy o bitwie pod Maratonem, czy też pierwszego zwycięzcy nowożytnych igrzysk w maratonie Spirydona Luisa.
Tacy wielcy sportowcy imponowali mi i stanowili inspirację do moich praktycznych zmagań z lekkoatletyką, czego przejawem były na przykład moje starania, zresztą uwieńczone sukcesem, o reprezentowanie mojej szkoły w Czwórboju Lekkoatletycznym. Była to wielka ogólnopolska impreza dla szkół organizowana pod egidą Świata Młodych, na którą składał się bieg na 60 metrów, skok w dal, skok wzwyż i rzut piłeczką palantową. Czar tamtych zawodów pozostał we mnie do dziś i może właśnie dlatego tak czynnie włączam się w organizację różnego rodzaju imprez sportowych.
Start w Czwórboju Lekkoatletycznym, Nowa Huta, 1963 r.




JC: Jesteś informatykiem, pracujesz w banku. Jak udaje Ci się dzielić czas pomiędzy pracę zawodową a codzienne intensywne treningi?
Z: Niestety zawsze coś musi być kosztem czegoś. Treningi bardziej mają wpływ na życie prywatne, gdyż praca zawodowa musi po prostu pozostać nienaruszona. Reżim, jaki sobie narzuciłem, spowodował, że inne moje życiowe przyjemności takie jak książka, teatr czy muzyka zostały bardzo mocno ograniczone. Jeżeli dodam do tego całą pracę społeczną przy organizacji zawodów biegowych (ulicznych, górskich i na orientację), przy komputerowej obsłudze zawodów i przy prowadzeniu internetowego serwisu, to muszę przyznać, że sam się czasem zastanawiam, czy to nie za dużo jak na jedną osobę.

JC: Co na Twoje bieganie mówią współpracownicy? Wiedzą o Twoich sukcesach?
Z: Najbliżsi wiedzą, kiedy im o tym powiem. Przyjmują z uśmiechem sympatii. Ale raczej bez wielkiej euforii. Kilka lat temu udało mi się uzyskać przyrzeczenie kierownictwa banku o sponsorowaniu Klubu Biegacza Orientuz. Przez jakiś czas pojawiały się moje notatki w gazecie bankowej i zaczynało być w Polsce głośniej o nas, o naszym bieganiu i sukcesach, jakie odnosiliśmy. Ale nie mieliśmy szczęścia do sponsora i współpraca się zakończyła.

JC: Prowadzisz witrynę internetową Bieganie w Warszawie, która jest nieocenionym źródłem informacji dla biegaczy z całej Polski na temat imprez biegowych organizowanych w stolicy. Domyślam się, że to pracochłonne hobby.
Z: Tak, to prawda, chociaż teraz już mniej pracochłonne, gdyż trening czyni mistrza i wiele rzeczy robię szybciej niż na początku. Muszę jednak przyznać, że zaczynając organizować serwis miałem większe plany. Chciałem, aby strona była bogatsza merytorycznie, gdyż w mojej ocenie za mało jest materiałów mogących zainteresować biegaczy amatorów. Myślę tu nie tylko o wynikach z imprez i datach następnych biegów, ale o całej gamie zagadnień z zakresu organizacji imprez, treningu, wieści ze świata. Liczyłem, że ktoś się przyłączy i będzie mnie wspomagał. Ale na razie robię to sam i dlatego siłą rzeczy serwis jest ograniczony tematycznie, chociaż coraz bardziej popularny.

Czasem udaje mi się namówić rodzinę do udziału w biegu. Warszawa-Starówka.


Z żoną Mariolą na Moście Karola w Pradze.


JC: Czy Twój 15-letni syn podziela biegowe pasje ojca?
Z: Niestety nie. Próbował biegać na orientację, ale jakoś nie zaiskrzyło. Ma wprawdzie na swoim koncie parę występów i nawet przejawiał w tym pewne uzdolnienia, ale niestety nie kontynuował tych zainteresowań.

JC: A żona?
Z: Zawsze na to pytanie odpowiadam, że w domu przynajmniej jedna osoba musi być normalna i mieć czas, aby całe życie domowe jakoś funkcjonowało. Małżonka lubi wypady turystyczne, spacery po Puszczy Kampinoskiej i jazdę na rowerze. Wspólne wycieczki rowerowe należą do moich największych życiowych przyjemności. Wracając jednak do kwestii związanych z bieganiem: udało mi się namówić żonę do jednego publicznego biegu. W ramach imprez towarzyszących Maratonowi Warszawskiemu rozgrywany był kiedyś bieg pod nazwą Mila Kobiet. Pamiętam, z jakim przejęciem opowiadała później o swoim występie, a szczególnie o walce, jaką stoczyła, aby nie być ostatnią, co jej się zresztą z powodzeniem udało, gdyż zajęła miejsce w środku stawki. Natomiast, na co dzień bardzo dzielnie wspomaga mnie przy wprowadzaniu wyników z imprez, które obsługujemy komputerowo. To właśnie Marioli zawdzięczamy, że wyniki tak szybko są publikowane w Internecie.
JC: Twoje ulubione trasy biegowe?
Z: Najlepiej czuję się w Puszczy Kampinoskiej. W okresie przygotowawczym staram się tam być raz lub dwa razy w tygodniu, aby zaaplikować sobie długi bieg. Z reguły jest to sobota i niedziela. Moje trasy prowadzą głównie z parkingu w Truskawiu i stanowią coraz bardziej wydłużające się pętle w zakresie od 10 do 30 km. Biegam na tych trasach już kilka lat i wcale mi się nie znudziły. Może w tym roku uda mi się opracować inne, równie atrakcyjne. Drugim moim ulubionym miejscem treningowym jest kompleks leśny w Białołęce-Choszczówce. Bywam tam raz na tydzień lub raz na dwa tygodnie, aby pobiegać po wymagających siły wydmach. Uznając te trasy za bardzo wartościowe zacząłem wspólnie z gminą Warszawa-Białołęka organizować na tym terenie biegi górskie. Poza Warszawą mam dwa obszary w Polsce, na których lubię startować w zawodach na orientację. To jest Jura Krakowsko-Częstochowska ze swoimi pełnymi uroku wapiennymi skałkami oraz trójmiejska morena - bardzo wymagająca siłowo, ale posiadająca swój specyficzny klimat.

JC: Lubisz gotować? Jaka jest Twoja ulubiona potrawa przed zawodami?
Z: Obecnie nie zajmuję się gotowaniem prawie wcale. Moja małżonka natomiast robi to wspaniale. Jej placuszki z jabłkami to istny raj dla podniebienia. Ja natomiast kucharski fartuch zakładam na poważnie raz do roku w Wigilię Świąt Bożego Narodzenia i przyrządzam wówczas pstrąga z migdałami oraz robię gotowaną babkę.

JC: No proszę. Jestem pod wrażeniem.
Z:Dzięki. I to są właśnie moje kulinarne specjalności. Natomiast przed zawodami staram się jeść makarony z różnymi dodatkami, na słodko, na ostro. W ogóle lubię makaronowe pasty. Jem też dużo słodkich rzeczy, takich jak ciasta, czekolady, miód czy lody.

JC: Preferowana forma relaksu?

Z: Zakładając, że trening biegowy to moja ciężka (druga) praca, najlepszym relaksem są dla mnie spacery, wycieczki rowerowe lub samochodowe w gronie rodzinnym. A jeżeli tego nie starcza, to po prostu słodkie lenistwo.

JC: Jaką dasz radę młodym, początkującym biegaczom - amatorom, którzy marzą o starcie na dystansie maratońskim?
Z: Początkujących adeptów biegu maratońskiego podzieliłbym na dwie kategorie. Do pierwszej zaliczam takich, którzy w przypływie młodzieńczej werwy podejmują się pokonania dystansu maratońskiego za wszelką cenę. Zapominają o odpowiednim, czy też w ogóle o jakimkolwiek przygotowaniu i płacą za to wysoką cenę w postaci urazów fizycznych i - co gorsza - psychicznych. Druga grupa to ci, którzy czują pokorę przed tym dystansem i lepiej lub gorzej przygotowują się do tego biegu. Pierwszej grupie radzę nie lekceważyć swojego organizmu, próbować biegać na krótszych dystansach i jak najszybciej przepisać się do drugiej grupy. A drugiej grupie proponuję zbudować w sobie silną motywację w postaci jasnego, ale długofalowego celu: Pokonam maraton w jak najlepszej formie. Nie w najlepszym czasie, ale w najlepszej formie. Bo to jest najważniejsze na początku - ukończyć maraton i mieć chęć na następny. A tego nie można osiągnąć podejmując decyzję o starcie z dnia na dzień. Ponadto trzeba umieć słuchać bardziej doświadczonych biegaczy i wyciągać wnioski ze swoich potknięć i sukcesów.

JC: Teraz krótka zabawa: wyobraź sobie, że złapałeś złotą rybkę. Możesz wypowiedzieć trzy życzenia, a rybka gwarantuje, że się spełnią. Czego sobie zażyczysz?
Z: Czy złota rybka spełnia tylko życzenia sportowe? :) Jeżeli tak, to bez żadnego patosu chciałbym ją poprosić, aby dała mi moc sprawnego biegania do końca moich dni. Bo ja nie wyobrażam sobie życia bez biegania. Po drugie pragnąłbym, aby Maraton Warszawski, z którym jestem od początku związany, nie przestał istnieć. Co by o nim nie mówić - najważniejsze, że jest. I niech będzie coraz lepszy. A po trzecie, aby moja praca społeczna związana z bieganiem przyczyniała się do jego popularyzacji. Mam na myśli organizację zawodów, prowadzenie serwisu internetowego czy też przekazywanie swojej wiedzy młodszym.

JC: Co będziesz robił w sezonie jesienno-zimowym? Masz już sprecyzowane plany treningowe?
Z: Nie zastanawiałem się jeszcze nad moimi planami. Potrzebny mi jest czas na refleksję. Ale na pewno będę biegał dużo po moich ulubionych trasach. Będę przygotowywał się do przyszłego sezonu, ale czy tak samo intensywnie jak w tym roku, tego dzisiaj - miesiąc po moim życiowym sportowym sukcesie - jeszcze nie wiem. Ale jak znam siebie, najprawdopodobniej będę chciał znów podwyższyć sobie poprzeczkę. Co powiesz o 2:50?

JC: Rewelacja!! Jestem przekonana, że Ci się uda. A jak myślisz, z jakim wynikiem ja dobiegnę do mety? To będzie mój pierwszy maraton, pokonany na własnych nogach, a nie na rowerze.
Z: Po pierwsze jesteś pod dobrymi opiekuńczymi skrzydłami, po drugie masz silną motywację, jak zdążyłem się przekonać. Jestem pewien, że jeżeli będziesz się przygotowywała zgodnie z planem - to też będziesz mogła wznieść ręce do góry na mecie swego pierwszego maratonu i przeżywać chwilę szczęścia. Przecież tak jak ja pobijesz swój rekord życiowy. Życzę Ci tego z całego serca.

Dzięki Ziut za rozmowę.

Rozmawiała: Zuzanna Chodyra
Goniąc maratończyka - postscriptum

Gdy w niedzielę 30 września 2001 r. podczas XXIII Maratonu Warszawskiego organizowałyśmy z Daagą tak zwany technical support dla Ziutka Woźniaka, poruszałyśmy się po trasie maratonu na rowerach. Oto jak wyglądało to w szczegółach:

W pierwszym punkcie kontaktowym na 18 km na ul. Przyczółkowej, czekamy na Ziutka około 15 minut. Wszystko rozgrywa się bardzo planowo i spokojnie: napój jest podany, ujęcie kamęrą video nakręcone, zdjęcie pstryknięte. Nie mija półtorej minuty, a Ziutek znika nam z oczu. Błyskawiczne pakowanie plecaków, na rowery i w pogoń. Szybko przekonujemy się, że nie jest łatwo dogonić maratończyka, nawet na rowerze, w końcu jednak udaje się, wyprzedzamy go i na mecie półmaratonu w Wilanowie postanowimy zrobić kolejne zdjęcia oraz kamerowanie. Ledwo zsiadamy z rowerów i wypakowujemy sprzęt, a tu w szybkim tempie nadciąga w naszym kierunku Ziut. Pstryk, pstryk, minął nas, nawet pomachał. My znowu: pakowanie plecaków, na rowery i jazda. Następne umówione miejsce podawania odżywek jest dosyć daleko, bo dopiero pod Mostem Łazienkowskim, za 25 km, możemy wiec pozwolić sobie - po wyprzedzeniu Ziutka - na komfortową przejażdżkę w tempie spacerowym, licząc, że na następnym przystanku odsapniemy trochę w oczekiwaniu na naszego zawodnika. Dojeżdżamy do Trasy, ławeczka, picie, dzwonię do Wojtka Wysockiego, aby zdać relację, Daaga szykuje kamerę. Jednak nie zdążamy nawet dobrze rozprostować nóg, a tu Ziut na horyzoncie! Ależ kręci tempo!! Łapię za odżywkę i z telefonem komórkowym przy uchu wbiegam na jezdnię, aby podać Ziutkowi napój. Chwyta w locie, krzyczy, że następne picie na 37 km za zakrętem i tyle go widzę. W popłochu zbieramy się, na rowery, i gazu. Ledwo ledwo doganiam Ziutka, aby odebrać mu butelkę. Uff, minęłyśmy go, jedziemy dalej do 37 km. Tempo niby mamy niezłe, 20 km/h, Ziutek w tyle, ale cały czas czujemy, że depcze nam po piętach i że nie możemy sobie pozwolić na żadne nieplanowane postoje. Po dłuższym pedałowaniu jesteśmy na 37 km. Tutaj jest nawrót. I znowu historia się powtarza: czekamy na Ziutka nie dłużej niż 5-7 minut, mija nas pędem, łapie napój, kilka łyków, nawraca, oddaje butelkę. Pobiegł dalej.

Od tego miejsca zaczynamy Ziutka eskortować. Mija kolejnych biegaczy, którzy spuchli. Wyjść z podziwu nie mogę, zwłaszcza, że jedziemy (a on biegnie) pod ostry, zimny wiatr, który bynajmniej nie jest zefirkiem. W okolicach Spójni już wszystko wiadomo. Na zegarku mam godzinę 12:45 i jestem przekonana, że Ziutek pobije swój życiowy rekord. Na 300 m przed metą wyprzedzamy go, aby przygotować sprzęt na ostatnie zdjęcia, gdy będzie przekraczał metę. I oczywiście mamy bardzo mało czasu, bo Ziutek jest tuż za nami. Zegar nad linią mety pokazuje czas 2:58.