Szymon Drabczyk donosi z Niemiec:
wyjście
Powrót na poprzednią stronę

Korespondencja z Darmstadt (I)
        "Nocny rekonesans"

Do heskiego Darmstadt, dwadzieścia minut pociągiem od Frankfurtu nad Menem, przyjechałem 8 stycznia 2000 roku przed południem. Pogoda taka jak u nas. Temperatura okolo 0°. Miasto mi znane, byłem tu już kilka razy, ale pierwszy raz przyjechałem na tak długi półroczny pobyt, dzięki stypendium otrzymanemu na tutejszej Politechnice, jednej z największych i najlepszych w Niemczech.

Szybko załatwiłem sprawy podstawowe - mieszkanie i pieniądze, co było dowodem tradycyjnej niemieckiej sprawności organizacyjnej i owocem moich wcześniejszych bliskich kontakóow. Podsumowując pierwszy dzień na uczelni, zaopatrzony w specjalną kartę z chipem, zjadłem około godz.14 treściwy obiad w stołówce studenckiej. Kupiłem również miejscową gazetę "Darmstaedter Echo", żeby się zorientować, co się dzieje w świecie i w mieście.

Na ostatniej stronie znalazłem informacje:
"Darmstadzki Klub Biegowy i Walkingu zaprasza początkujących i zaawansowanych na biegowe spotkanie dzisiaj, o godzinie 18, na Lichtwiese, przy stołówce Politechniki".

Wprawdzie byłem zmęczony po podróży, ale przecież wziąłem strój sportowy i normalnie gdybym był w Warszawie, to po Parku Łazienkowskim już przebiegłbym rano zwyczajowe poniedziałkowe prawie truchtem 10 km. Zdecydowałem się nie odkładać na następny raz. Skoro jest okazja to trzeba ją wykorzystać.

Lichtwiese? Gdzie to jest, a zwłaszcza jak tam się dostać, mimo sprawdzenia na mapie, miałem mgliste pojęcie. Na szczęście poprowadziła mnie spotkana po drodze rowerzystka, która jak się okazało, też miała zamiar biegać. Jak można sobie łatwo wyobrazić, bieganie obok roweru było dość ostrą rozgrzewką, około 15-minutową. Na miejscu była już spora grupa osób, 200-300. Jeszcze zanim dotarliśmy na Lichtwiese rowerzystka wprowadziła mnie w podstawowe zasady przebiegu imprezy. Na długim dachu garażu umieszczone były tabliczki z liczbami od 5,5 do 13. Przewidziany czas biegu dla wszystkich to godzina. Każdy wybiera, jaki dystans chce przebiec w tym czasie i ustawia się przy odpowiedniej tabliczce. O 18 rozpoczyna się wywoływanie grup, które udają się na trasy.

W poniedziałek w mojej najmniej licznej grupie tych, którzy tak jak ja wybrali najdłuższy dystans 13 km, znalazlo się 4 mężczyzn. Przed startem zdążyłem się zorientować, że w każdej grupie jest lider, przewodnik, w kurteczce z wydrukowaną nazwą organizatora imprezy.

Prawdziwe przeżycia zaczęły się wtedy, gdy zdałem sobie sprawę, że niemal cała trasa będzie przebiegać w ciemnościach, dróżkami przez szczere pola i duktami nieznanego mi lasu. Gdybym więc nie wytrzymał tempa, zagubiłbym się na amen. Do tej pory nie biegałem wieczorem, a bieg bez żadnego oświetlenia wydawał mi się szaleństwem. W grupie jednak człowiek czuje się raźniej; skoro oni mogą biec to dlaczego nie ja. W poniedziałek sprzyjał nam księżyc w pełni, można więc nawet powiedzieć, że było całkiem widno. W najtrudniejszych momentach (kałuże, błoto) lider przyświecał ręczną latareczką.

Niestety za pierwszym razem, nie mając doświadczenia w wieczornym bieganiu, dopadły mnie kłopoty żołądkowe. Za mały był odstęp między obfitym obiadem a startem. Dwie trzecie trasy wytrzymywałem, ale w pewnym momencie wyczułem, że koniecznie muszę sobie ulżyć. Powiedziałem liderowi o co chodzi i poprosiłem, żeby poczekali. Wykazali na szczęście zrozumienie i wolno potruchtali dalej, a ja zostałem na chwilę. Gdy sobie ulżylem, pobiegłem dalej i zaraz dostrzegłem przede mną sygnał latarką. Szybko dołączyłem do czołówki i w dobrej formie w komplecie przybiegliśmy na miejsce zbiórki (równocześnie miejsce wcześniejszego startu) parę minut po 19. Niemal równocześnie wracało kilkanaście innych grup biegaczy i zwolenników szybkiego marszu. Odszukałem swoją znajomą rowerzystkę i mimo pewnego zmęczenia postanowiłem jej "dotrzymać koła", żeby bez niepotrzebnych wahań przy rozpoznawaniu powrotnej drogi pobiec już prosto do domu.

W sumie myślę, że licząc drogę na zbiórkę, wybrany dystans biegu i powrót do akademika zrobiłem, w niezłym tempie 17 km. Chyba nie najgorzej jak na początek.

Dowiedziałem się, że wspólne bieganie jest trzy razy w tygodniu: w poniedziałek i czwartek o 18, w sobotę o 16. Postanowiłem pobiec i w czwartek. Może jak zagustuję w nocnych przełajach to będę je praktykował i po powrocie w Polsce.

Nadał Szymon Drabczyk z Darmstadt (marzec 2001)