Szymon Drabczyk tym razem z Polski
wyjście
Powrót na poprzednią stronę

Do Zbąszynia po sławę i pieniądze
       

Relacja z XIV Ogólnopolskiego Biegu Zbąskich 21.10.2001

Do Zbąszynia,8-tysięcznego, zadbanego miasteczka najbliżej z Zielonej Góry - 66 km, niewiele dalej z Poznania, niedaleko z Berlina oraz proste kolejowe i samochodowe połączenie z Warszawy(330 km ). Co roku jesienią do grodu położonego nad jez. Błędno i Obrą przybywają biegacze. Tym razem było ich 138, uczestników biegu głównego na 20 km.

Stawka niezbyt liczna, ale mocna. Spostrzegłem to już na samym początku biegu: chociaż zacząłem tradycyjnie szybko, kilkunastoosobową czołówkę po 1-2 km straciłem z oczu. O tym jak toczyła się walka o zwycięstwo, dowiedziałem się dopiero później. Do 10 km główni faworyci Białorusin Władimir Tiamczik, Jacek Kasprzyk z Krakowa i Sławomir Kąpiński z Olsztyna trzymali się razem i uzyskali godny odnotowania międzyczas: 30.20. Później próbował uciec pozostałej dwójce Kąpiński. Atak się jednak nie udał, a kosztował śmiałka sporo sił. Końcowy bój stoczyli więc już tylko Tiamczik i Kasprzyk. Minimalnie wygrał Tiamczik, z czasem 1.01.35. Za ten wyczyn otrzymał 1000 zł w gotówce i półkę firmy Ikea. W klasyfikacji ogólnej nagrody pieniężne były wśród mężczyzn do 6 miejsca (150 zł) , a dalej do 10 już tylko skromne rzeczowe. Kobiet-uczestniczek zjawiło się 11 i wszystkie otrzymały nagrody. Pierwsze miejsce zajęła bezapelacyjnie Maria Kawiorska z Tczewa - czas 1 godz. 19 min., gratyfikacja finansowa 500 zł, druga linię mety przekroczyła Alicja Rybińska, a trzecia - Anna Pogorzelska. Zarówno w czasie biegu, jak i przy dekoracji uwagę zwracała weteranka, znana i z innych imprez, w odlotowym stroju, w którym najbardziej rzucały się w oczy białe rajstopy i niebieski złożony parasol przewieszony przez plecy.

Tej niedzieli pogoda sprzyjała zawodnikom, wprawdzie początkowo trochę przeszkadzał przeciwny wiatr, ale zabudowania przy trasie i długi odcinek przez las spowodowały, że nie okazało się to bardzo uciążliwe. Wyznaczone 20 kilometrów miało kształt pętli wokół jeziora Błędno, z początkiem i końcem przy potężnym gmachu Zespołu Szkół w Zbąszyniu. Różnica wzniesień to 40 m, nawierzchnia - cały czas asfalt.

Jak już wspomniałem, bieg rozpocząłem dosyć szybko. Pierwsze 5 km pokonałem w 17.10 . Znalazłem się w - licząc razem ze mną - w pięcioosobowej grupce. Po piątym kilometrze najmłodszy, 22-latek próbował nam odskoczyć, ale go skontrowałem i wkrótce znalazł się na końcu naszego peletonika. Wkrótce ja też nieco osłabłem, a tempo zaczął nadawać - jak można się było zorientować - tandem dobrych znajomych. Trzydziestolatek z czterdziestolatkiem - tak oceniłem ich wiekowo. Trzydziestolatek okazał się wkrótce wyraźnie najlepszy z naszej grupki i szybko zaczął powiększać przewagę nad nami. Ja zacząłem mieć problemy z dotrzymania kroku czterdziestolatkowi, czyli rywalowi z mojej kategorii. Zwłaszcza zostawałem kilka metrów za nim na podbiegach, na szczęście pokazywałem mu później plecy zbiegając ze wzniesienia. Tasowaliśmy się tak kilka razy. Na dziesięć kilometrów uzyskałem 35.20 i spoglądając przed siebie ujrzałem szansę ucieczki przed bezpośrednim konkurentem. Na ile mogłem sięgnąć wzrokiem trasa prowadziła w dół. Rozluźniłem się, wydłużyłem krok, utkwiłem wzrok w uciekającym celu - oddalonej już na kilkadziesiąt metrów ode mnie - sylwetce trzydziestolatka. Czułem, że grupka , z którą biegłem razem do tej pory, już za mną nie nadąża. Zacząłem powiększać swoją przewagę, los mi sprzyjał, zbieg zdawał się nie mieć końca. Małe wzniesienie pojawiło się po 4 km, wydawało mi się, że znów ktoś z tyłu się do mnie zbliża, ale po górce znów zaczął się zbieg i przestałem słyszeć niepokojące odgłosy za plecami. Po piętnastym kilometrze z jednej strony moja wiara w powodzenie ucieczki rosła, bo do mety pozostawało coraz mniej kilometrów, ale z drugiej obawiałem się o swoją kondycję - ostatnio biegałem wyłącznie dystanse 5-10 km i właśnie teraz mógł przyjść kryzys. Gdy ujrzałem chorągiewkę z napisem 2 km, wiara zwyciężyła nad obawami. Biegłem już przez Zbąszyń, grupki przechodniów, które co pewien czas tworzyły szpaler kibiców, dopingowały mnie oklaskami. Oklasków nie słyszałem za swoimi plecami, więc pogoń nie była zbyt blisko. Niestety przy zawiłościach ulic straciłem z oczu trzydziestolatka, który biegł przede mną. Przez chwilę miałem moment zawahania, czy dobrze skręcam w lewo , stojący na jezdni policjant zupełnie nie zdawał sobie sprawy, że mógłby mi wskazać drogę.

Kilkudziesięciometrowa końcówka ,która prowadziła niemal do samych drzwi szkoły, znów była lekko pod górę, ale nie miało to już większego znaczenia. Spiker podał moje nazwisko, wyrażając uznanie, że przyjechałem aż z Warszawy. Uzyskany czas - 1:11:43 w pełni mnie satysfakcjonował. Nie wiedziałem początkowo, co mi on dał w klasyfikacji w kategorii wiekowej. W każdym razie nad czterdziestolatkiem, z którym biegłem razem pierwsze 10 km, wypracowałem przewagę na mecie kilkudziesięciu sekund. Za metą przy gratulacjach i wymianie zdań powiedział mi, że on nie rozpoznał we mnie rywala z tej samej kategorii. Dowiedziałem się także od niego, iż widział na starcie czterdziestolatków, którzy na pewno byli przed nami. Nie mylił się. Pierwsze miejsce w mojej kategorii wywalczył Janusz Stańczak - czas 1 godz.07 min., drugie - Jerzy Janowicz - czas 1 godz. 08 min. Obaj kiedyś, a po trosze i nadal, prawdziwi wyczynowcy. Janowicza poznałem przecież w tym roku na wiosnę w Niemczech, gdzie uczestniczył w biegowym tourne polskich asów ulicy. Nie wstyd z nimi przegrać, nawet tak wyraźnie jak mnie się zdarzyło. Ważne, że dzięki podjęciu rywalizacji wywalczyłem trzecie miejsce, potwierdzone przez komisję sędziowską zawodów.

Na moją prośbę, w związku ze zbliżającą się godziną odjazdu pociągu w kierunku Warszawy, organizatorzy przyśpieszyli dekorację kategorii czterdziestolatków. Stanęliśmy na podium, wręczono nam medale, dyplomy, drobne nagrody rzeczowe, a na zapleczu koperty z banknotami. Ja w swojej znalazłem trzy dziesięciozłotowe. Po dekoracji biegiem ruszyłem na dworzec kolejowy, odległy prawie 3 km .Dystans pokonałem razem z Krzysztofem Przybyszem, moim warszawskim kolegą, który jest największym "objeżykrajem" wśród znanych mi biegaczy, więc wcale się nie zdziwiłem, że spotkałem go w Zbąszyniu.

Chciałbym jeszcze napisać kilka zdań o sprawach organizacyjnych, które sądzę, że w Zbąszyniu wyglądają wzorowo. Nie bez znaczenia zapewne jest fakt, że był to już XIV Bieg Zbąskich i że - jak słyszałem - o kolejnej edycji, zaczyna się myśleć z rocznym wyprzedzeniem, a w przygotowania angażują się urzędy i liczne instytucje. Dzięki takiemu nastawieniu bieg ma niemal status miejskiego święta, ulice są obwieszone chorągiewkami i transparentami z nowocześnie zaprojektowanym znakiem graficznym imprezy. U wejścia na teren szkoły przykuwa uwagę ogromna brama z kolorowych baloników. Na boisku szkolnym odbywa się mini festyn z kiełbaską z rusztu i straganami z różnościami dla dzieci. I sporo, zwłaszcza w porównaniu z innymi miastami, zbiera się widzów na trasie i na mecie.

Wiele czyni się z myślą o komforcie zawodników. Goście z daleka mają możliwość skorzystania z taniego noclegu w szkole. Jeśli ktoś zjawi się wcześnie przed startem w dniu zawodów, to czas oczekiwania wypełni mu obejrzenie obszernej relacji na wideo z biegu sprzed roku. Na ścianie hollu prezentowany jest również serwis fotograficzny z zeszłorocznych zawodów. Opłatę startowo pobiera się w umiarkowanej wysokości 8 zł. Na mecie każdy otrzymuje dyplom uczestnictwa i mały znaczek-medal. Pocztą przesyłane są ostateczne oficjalne wyniki zawodów.

 
Chciałbym jeszcze napisać kilka zdań o sprawach organizacyjnych, które sądzę, że w Zbąszyniu wyglądają wzorowo. Nie bez znaczenia zapewne jest fakt, że był to już XIV Bieg Zbąskich i że - jak słyszałem - o kolejnej edycji, zaczyna się myśleć z rocznym wyprzedzeniem, a w przygotowania angażują się urzędy i liczne instytucje. Dzięki takiemu nastawieniu bieg ma niemal status miejskiego święta, ulice są obwieszone chorągiewkami i transparentami z nowocześnie zaprojektowanym znakiem graficznym imprezy. U wejścia na teren szkoły przykuwa uwagę ogromna brama z kolorowych baloników. Na boisku szkolnym odbywa się mini festyn z kiełbaską z rusztu i straganami z różnościami dla dzieci. I sporo, zwłaszcza w porównaniu z innymi miastami, zbiera się widzów na trasie i na mecie.

Wiele czyni się z myślą o komforcie zawodników. Goście z daleka mają możliwość skorzystania z taniego noclegu w szkole. Jeśli ktoś zjawi się wcześnie przed startem w dniu zawodów, to czas oczekiwania wypełni mu obejrzenie obszernej relacji na wideo z biegu sprzed roku. Na ścianie hollu prezentowany jest również serwis fotograficzny z zeszłorocznych zawodów. Opłatę startowo pobiera się w umiarkowanej wysokości 8 zł. Na mecie każdy otrzymuje dyplom uczestnictwa i mały znaczek-medal. Pocztą przesyłane są ostateczne oficjalne wyniki zawodów.
Organizatorzy pamiętają o dzieciach i młodzieży, dla których przeprowadza się serię biegów na krótszych dystansach. Warto podkreślić, że specjalny wyścig na 100 metrów mają młodzi sportowcy niepełnosprawni. Dorośli sprawni inaczej, wózkarze i inni startują natomiast na głównym dystansie 20 km. W tegorocznym biegu głównym paletę różnorodności dopełniło jeszcze trio łyżworolkarzy: starszy pan w szortach i dwie rącze panie w obcisłych żółtych kostiumach.

Na uznanie zasługują zabiegi organizatorów ( głównym jawi się Międzyszkolny Klub Sportowy "Wicher"), które mają na celu pozyskanie sponsorów i ogólnie funduszy. W tej akcji udaje się zaktywizować całą lokalną społeczność. Ostateczna wywieszana w wielu miejscach i odczytywana wielokrotnie imienna lista donatorów liczy grubo ponad 200 nazwisk. W kilkutysięcznym Zbąszyniu to duże osiągnięcie. Swoją złotówkę dokładają nie tylko większe firmy, ale i drobne zakłady. Za wkłady finansowe, nagrody rzeczowe otrzymują dyplomy fundatora Biegu Zbąskich. (Podczas spaceru po mieście zauważyłem taki dyplom przyklejony do szyby samochodu, który wyglądał mi na karawan zakłady pogrzebowego.) Pozyskaniu funduszy służy zapewne również loteria fantowa, która przy cenie losu - 3,5 zł, kusi wygraną 600 zł.

Nie wymieniłbym wszystkich walorów zbąszyńskiej imprezy, gdybym nie wspomniał o młodych dziewczynach, niektórych naprawdę nieprzeciętnej urody.

Kto więc jeszcze nie zaliczył Biegu Zbąskich, niech pomyśli o starcie w nadchodzącym - XV. Na niektórych czekać będą sława i pieniądze, na wszystkich gościnność i niejeden powód do późniejszych krzepiących wspomnień.
Opracował Szymon Drabczyk (październik 2001)