|
Powrót na poprzednią stronę |
Szymon Drabczyk donosi:
|
|
Mój Tryptyk Niepodległości
|
|
|
Zupełnie bez przekonania i ze skłonnością do pójścia na skróty gonił nas cywilów
(pomijam występującego w sportowych cywilkach - Janka Marchewkę) świat wojska: fasowane zielone dresy, ogólnowojskowe trampki i mundurowe szaliki - tym razem owinięte z ułańską fantazją wokół szyi i głowy. Świat ten zrobił sobie przerwę na papierosa przed startem, więc nic dziwnego, że brakowało mu tchu.
|
||
![]() |
Bohaterem biegu okazał się wspomniany Jan Marchewka. Rocznik 1962.Przed biegiem wydawałoby się, że nie mający większych szans w starciu z młodszym o 12 lat Robertem Celińskim. Jednak rutyna Marchewki zaprocentowała uzyskaniem przewagi na trasie, a waleczność przyniosła mu sukces na finiszu. Na pierwszych kilometrach Janek dał się wyszaleć młodym: oni nacierali na przeciwny, porywisty wiatr jak taran, on krył się w zaciszu ich pleców. Na decydujący atak w rozgrywce z Robertem przyszedł czas na odcinku grząskiego, poligonowego piachu. Robert, cięższy, zagrzebywał się po kostki , Janek forsował przeszkodę bez trudu, pozostawiał płytkie ślady, mknął do przodu. Był jednakże jeszcze z kilometr do stadionu z metą. Robert nie rezygnował. Gdy piach się skończył, ruszył w pogoń. Na bieżni stadionu zbliżył się na odległość 4 metrów. Janek to jednak doświadczony, zaprawiony w bojach taktyk i sportowiec z duszą wojownika. Dlatego wcześniej zwolnił, żeby teraz przyśpieszyć. Na ostatnich stu metrach ruszył ku mecie jak strzała.
|
|
|
W ogólnej kwalifikacji był drugi, wywalczył drugie miejsce na podium w mieście, gdzie przed laty rozpoczęła się jego późniejsza sportowa kariera, z występami w reprezentacji Polski, z liczącymi się sukcesami, wieloletnia pozycją króla biegów ulicznych w Warszawie. Bieg Niepodległości w Górze Kalwarii zorganizował ten sam nauczyciel, które pierwszy raz wysłał Janka na biegowe zawody, do Warszawy. Ja - czasem 15.04 wywalczyłem w Górze Kalwarii ósme miejsce. Za rok pewnie już zabraknie masowej reprezentacji Wojska Polskiego, tutejsza jednostka ulega likwidacji. Najprawdopodobniej w opuszczonych koszarach znajdą schronienie uchodźcy. Może oni wystartują ? Na razie, jak mi później opowiedziano, w sobotę, czyli we wcześniej anonsowanym terminie biegu, zjawił się w Górze Kalwarii, wśród licznych innych nieświadomych maruderów, zawodnik z Ukrainy. Organizatorzy nie pozwolili więc mu uczcić naszego Święta Niepodległości. Zameldował się dzień za późno i musiał zrobić w tył zwrot. |
10.11.2001 Wolski Bieg Niepodległości na 5 km (Świąteczna kuchnia)
W warszawskim Parku Moczydło wojskowi zjawili się również, ale w mniejszej liczbie i w
"niebieskich mundurkach", w sportowych strojach organizacyjnych Wojskowego Klubu Biegacza
"Meta" z Lublińca. Na Woli "jak zawsze" było biesiadnie, na luzie, rodzinnie, z muzyką i z wieloma upominkami. Tym razem kelner mógł dopisać jeszcze do rachunku piękną, słoneczną, biegową pogodę. Od startu ruszyłem ostro do przodu, po dwustu metrach poczułem łechtający smak prowadzenia całej stawki. Jednak, tak jak się spodziewałem, szybko mnie on opuścił, bo już na czoło przedarli się faworyci, starzy wyjadacze : Robert Celiński i Jacek Gardener, a rozpędu nabrali też łaknący sukcesu młodzi zdolni. W ten sposób już wkrótce wiedziałem, że przypadną mi tylko resztki z uczty
"bogów": miejsce poza pierwszą trójką. Nie znaczyło to, że młodych zdolnych nie zamierzam gonić. Upatrzyłem sobie tego, który wydawał się najłatwiejszym kąskiem, bo był najbliżej: rozpoznałem kilkunastoletniego młodszego syna wytrawnego lekkoatletycznego sędziego Żurawskiego. Jarek głównie biega na bieżni, więc rzadko rywalizujemy ze sobą .W biegach przełajowych już wygrywał ze mną, choć ostatnio - w Biegu im. Tomasza Hopfera - to ja byłem przed nim. Pamięć o tym dodatkowo wzmocniła moją pościgową determinację, która dwie rundy przed końcem przyniosła owoce, miałem go na widelcu, po udanym przyśpieszeniu na świeżo ułożonej, kolorowej kostce reprezentacyjnej alei parku, wysunąłem się na szóste miejsce. Apetyt wzrasta w miarę jedzenia. Teraz celem z kolei stał się biegacz plasujący się oczko wyżej. Zostało już tylko jedno okrążenie. Próbowałem nadrobić dystans wykorzystując lekki spadek terenu. Potoczyłem się jak cukrowa kula w dół. Z dwudziestu odległość skurczyła się do 4 metrów, ale niestety, okazało się, że tylko na to mnie było stać. Nie miałem sił jeszcze bardziej przyśpieszyć. Dałem sobie siana. Na
"metę przy śmietniku" dotarłem zatem na szóstym miejscu, w czasie 16 min. 27 s.(mój pomiar). Bieg wygrał Robert Celiński przed Jackiem Gardenerem.
|
11.11.2001 XIII Bieg Niepodległości (Rendez-vous od Placu Zamkowego do Wilanowa)
Przelotne spotkania w biegu z kobietami, nie mogą dać tej satysfakcji co spotkania z nimi podczas Biegu Niepodległości: wszak 11 200 metrów to nie spacerek w przerwie obiadowej ani wspólne wyjście na chwilę na papierosa. Któż nie doceni również różnicy w wymiarze tekstylnym. Gdy wszystkie kobiety wkoło wykazują już oznaki jesienno-zimowego opatulenia, te które biegają, prezentują się jeszcze całkiem nieosłonięte ,niczym żywe wspomnienie lata.
Moje spotkania z kobietami na tegorocznym Biegu Niepodległości, zaczęły się jeszcze przed startem. W miejscu zapisów natknąłem się zupełnie niespodziewanie na moja bliską koleżankę ze studiów Anię O. Okazało się, że Ania, która jest dziennikarką, przymierza się do zrobienia filmu o niewidomych i niedowidzących biegających sportowcach. Warszawska impreza, ze sporym udziałem takich osób, to dobra okazja, żeby ich poznać i zebrać wstępną dokumentację. Na drugi dzień, w e-mailu, Ania dopytywała się o uzyskany przeze mnie rezultat. Obok zajętej poznawaniem być może przyszłych bohaterów jej filmu Ani zobaczyłem oczekująca na start samotnie Beatę M. Trudno uwierzyć, że znamy się już od sześciu lat. Poznałem ją na VI Biegu Ulicznym im. Janusza Kusocińskiego, który kończył się na stadionie "Skry". Ona wtedy wygrała. Dowiedziałem się wówczas, że ma zamiar studiować, trochę pod wpływem wypraw biegowych do Lasu Kabackiego, Leśnictwo na SGGW. Dziś jest absolwentką tego wydziału i od z górą roku słuchaczką studiów doktoranckich. Idzie zatem w ślady znanego i bardzo aktywnego do niedawna biegacza amatora też z SGGW Marcina Sielezniewa, który niedawno obronił doktorat. |
![]() |
|
Do trzeciego spotkania (8 stopni temperatura otoczenia) doszło już na linii startowej. Jedna z faworytek, Małgosia Jamróz stanęła tuż przede mną. Fizycznie znalazłem się w jej orbicie i z racji cechującej nas zgodności prędkości miałem szansę stać się jej sputnikiem aż do Wilanowa. Gwiazda Słońce świecąc przyjaźnie zdawała się sprzyjać moim (naszym?) planom. Kilkoosobowa czysto męska czołówka uciekła do przodu. Nasza mieszana grupka, ze mną i z Małgosią, wybrała równe, dostosowane do naszych możliwości tempo. Na drugim kilometrze usłyszeliśmy okrzyk kibiców: brawo kobiety ! Nieco zdziwiła mnie ta liczba mnoga, chyba nie wzięto mnie - mimo moich włosów
"afro" za kobietę? Pierwszy raz obejrzałem się do tyłu. I wszystko było jasne: Małgosia miała też żeńskie towarzystwo. Dziewczyna w kraciastej chusteczce na głowie, na razie trzymająca się trzy kroki za nami, wyraźnie miała zamiar już nieodstępować
Małgosi. Wkrótce stworzył się z nas trójkąt. Ja prowadziłem , nieco po bokach
miałem obie dziewczyny. Do naszego układu włączało się okresowo dwóch
chłopaków: doskonale mi znany Krzysztof Przybysz i zupełnie nieznany mi
przybysz z Litwy. Litwin okazał się mocnym rywalem i nie dał się wyłączyć z
końcowej rozgrywki. Na 1500 metrów przed metą mocno przyśpieszyłem. Dziewczyna
w chusteczce nie wytrzymała, odpadła. Małgosia natomiast dotrzymywała kroku i w
nowej konfiguracji znalazła się między mną i Litwinem. Zdawałem sobie sprawę,
że ona - multimedalistka Mistrzostw Polski na 800 metrów i 1,5 km - na finiszu może mi nie dać szans. Próbowałem uprzedzić jej atak, ale nie okazało się to skuteczne. Na 300 metrów przed metą wyprzedziła mnie, a na ostatnich metrach także bez pardonu finiszującego gościa z Wilna. Moje rendez- vous się skończyło. Skończyło się pobiciem mnie.
Rezultat zadawania się ze "słabą płcią". Na szczęście jest to również płeć piękna.
Opracował Szymon Drabczyk (listopad 2001)
|