wyjście
Powrót na poprzednią stronę

Szymon Drabczyk donosi:
 

Skok do Stoczka Łukowskiego (23.02.2002)

 
Kierunek wschód
O ósmej rano w sobotę Dworzec Autobusowy przy Stadionie Dziesięciolecia w Warszawie tętni już pełnią życia, w pulsującym  obrazie  dominują motywy wschodnie i dalekowschodnie. Jeszcze niedawno wietnamskie morze  płaskich dachów rozlewające się na przystadionowe błonie miało do dworcowego budynek kilkaset metrów, dziś dachy straganów  tworzą niemal bezpośrednio przyległy  półokrąg, pozostawiając  tylko po środku wolny  pas dojazdowy dla kursowych autobusów. Po prawej stronie wyrósł rozległy przyczółek Ormian, wielkich praktyków handlu z Kaukazu.
Wietnamczycy jednak i z tej strony łatwo nie ustępują pola. Ich gusta zdradzają uwieszone u okapów straganów girlandy jaskrawo różnokolorowych rajstop dla dzieci. Kupno biletu w hali dworcowej pozwala nam stwierdzić, że napierający z zewnątrz na mury żywioł architektonicznej prowizorki wtargnął już do środka: w centrum stoi buda z dykty - „Kantor” , zapyziałe miejsce spotkania rubla, grzywny i złotego z euro i dolarem. O 8.10 podjeżdża na stanowisko 2 autobus do Łukowa przez Stoczek Łukowski. Wypełnia się podróżnymi. Nie rozpoznaję żadnego biegacza. Jadę więc sam.

Powitanie
Za progiem urzędu miasta mój wzrok pada na opiętą sweterkiem dziewczęcą pierś z plakietką „Dyżurna”. ”Czy mogę w czymś pomóc?” – wita mnie głos nastolatki. Niestety pomoc nie jest mi potrzebna, bo korytarz sam prowadzi do miejsca zapisów. Tam czekają już inne „dyżurne”, jedna z nich, smukła licealistka z pięknymi oczami, rejestruje biegaczy mojej kategorii. Uczy się w trzeciej klasie miejscowego LO im. gen. Józefa Dwernickiego, na ekonomiczne studia ma zamiar pójść do Warszawy, 170 wzrostu, trochę gra w koszykówkę.
Listę pierwszych wrażeń wieńczy widok dwóch ptaków na ścianie za stołem prezydialnym: orzeł biały i biały kogut, obok godła Polski, herb Stoczka Łukowskiego. Stoczkowy kogut pręży pierś jak do medali.

Start
Do walki stanęło 57 osób, w tym sześć kobiet. Wśród biegaczy trzech niewidomych i niedowidzących, dwóch z nich w towarzystwie przewodniczek na rowerach. Śnieg zaczął zacinać tak, że orkiestra dęta musiała schować instrumenty. Burmistrz Bogdan Gołęgowski  przypomniał o bitwie sprzed 171 lat, kiedy to 14 lutego 1831 r. korpus polskiej jazdy pod dowództwem generała Józefa Dwernickiego pokonał silne ugrupowanie rosyjskich wojsk generała Fiodora Geismara. Ten zwycięski bój Powstania Listopadowego upamiętnia m.in. pieśń ze słowami Wincentego Pola – „Grzmią pod Stoczkiem armaty”, a od  2001 roku  Ogólnopolski Bieg Uliczny. Obok burmistrza wystąpił pomysłodawca nadania imprezie rocznicowego charakteru, reprezentant  donatora, Ministerstwa Edukacji Narodowej  - Jan Krypa, który sam – wyjątkowy przypadek wśród gości oficjalnych - jest czynnym biegaczem.

Trzy rundy
Trzy pętle po 2900 metrów. Po początkowej około stu metrowej prostej skręt w lewo i długi, z poziomu 173 metrów, zbieg - wszak  nazwę „Stoczek” nie nadano miejscowości przypadkowo. Najpierw asfalt głównej drogi, ale dalej duże urozmaicenie: kawałek wyłożony betonowymi płytami znanymi z dróg dojazdowych do budów, później  trylinka ,a nad rozlewiskami, stawami przy rzece Świder – polna droga z błotem i kałużami (szczególnie ciężka próba dla niepełnosprawnych oraz ich atrakcyjnych pilotek na rowerach), na końcowym długim odcinku, stromo w górę, znów dywanik asfaltowy.
Czołówka szybko umknęła mi z pola widzenia. Na starcie zjawił się Darek Wieczorek z Legii Warszawa, styczniowy zwycięzca o wiele lepiej obsadzonego Biegu Chomiczówki w Warszawie, więc jego zdecydowane prowadzenie już po pierwszym okrążeniu było oczywiste. (Linię mety ostatecznie minął z czasem 26:46, z przewagą ponad 20 s nad następnym zawodnikiem). Sprawa pierwszeństwa w kategorii 40-latów też była z góry przesądzona. Wojtek Więckowski, rocznik 1961, nie pożegnał się jeszcze z karierą wyczynowca i w takim biegu jak ten mógł ustąpić pola jedynie Darkowi. Ja widziałem go z bliska tylko na początku. Do najciekawszej rozgrywki „w czubie” doszło między trzydziestolatkami, rodowitym stoczkowianinem  Julkiem Ziółkowskim, pokonującym maratony poniżej 2 godz. 25 min, a startującym w barwach tego samego klubu Pogonii Siedlce Andrzejem Oknińskim, przed laty trzecim w mistrzostwach Polski juniorów na 5 km, z czasem jako młodzieżowiec na tym dystansie  - 14:28. Dziś Andrzej nie trenuje tak dużo jak wcześniej (powód: bolące kolana), ale nadal potrafi wykazać swój nie do końca kiedyś  wykorzystany, niepośledni talent. W Stoczku skutecznie odpierał ataki Julka i ostatecznie z przewagą blisko 15 s okazał się wyraźnym zwycięzcą w tej, tak zaciętej na trasie rywalizacji. Czwarte miejsce w rodzinnym mieście to oczywiście nie to, o czym marzył Julek. Dopiero za rok będzie miał okazję znów powalczyć o podium.

W parze z radioorientalistą
Na samym początku to co tworzyliśmy można nazwać trojką. Mnie i młodszym ode mnie dwóm biegaczom udawało się utrzymywać podobne tempo, dające miejsca w końcu pierwszej dziesiątki całej stawki. Pałając wiarą, że zbieganie jest moją mocną stroną, próbowałem od razu z górki  odskoczyć i wyrobić sobie kilka metrów przewagi. Mój atak jednak został odparty i po chwili już nie ja  byłem kilka kroków z przodu tylko jeden z tych, którzy mnie ścigali. Pozostawało mi dotrzymywać kroku temu drugiemu. Okazało się, że przyszło nam tworzyć biegowy duet następne dwie i pół rundy. Po pierwszym wzajemnym badaniu sił wiedzieliśmy już, że łatwe oderwanie się od siebie nie wchodzi w grę. Można było przewidzieć, że wygra ten, kto właściwie wybierze moment decydującego ataku na ostatnim okrążeniu. Na dwóch pierwszych „kółkach” odczuwałem nieprzyjemny dyskomfort w okolicach wątroby, nie tyle ból, co wrażenie niewygody. To chyba dawała o sobie znać kawa, na którą skusiłem się godzinę wcześniej, nieco zziębnięty po podróży i namówiony przez organizatorów. Normalnie kawy nie piję przed zawodami. Trzymając tempo liczyłem, kierowany doświadczeniem, że problem z wątrobą sam minie. I tak się stało na trzecim okrążeniu, poczucie odzyskania pełni sprawności  podniosło mnie na duchu i zmobilizowało – już nie miałem się czym usprawiedliwić. Próbowałem podyktować trudniejsze warunki swojemu partnerowi na najcięższym odcinku, z błotem i kałużami; z polnej drogi na asfalt wybiegłem pierwszy. Tu jezdnia zaczynała prowadzić  (na razie lekko) w górę. Na niewidocznym samym szczycie czekała meta, jednak był do niej jeszcze z kilometr. Po kilkudziesięciu metrach prowadzenia, rychło doczekałem się kontrataku. Wiedziałem, że jak teraz odpadnę, to już będzie po wszystkim. Naprawdę przeżywałem ciężkie chwile, pojawił się cień zwątpienia, miałem dwa metry straty do rywala. W myślach szukałem, czegoś co mogłoby mnie psychicznie podbudować. Znalazłem: stromizna ulicy, po której biegliśmy coraz bardziej przypominała stopniem trudności fragment trasy cyklicznych biegów w Ciechanowie; tydzień wcześniej z powodzeniem pięć razy pokonałem ciechanowską górkę, czemu teraz miałoby być trudniej przyśpieszyć, przecież to ostatni podbieg. Tak umotywowany zaatakowałem na zakręcie. Trochę sam byłem  zdziwiony, że miałem jeszcze tyle sił. Czułem, że dotychczasowy partner za mną nie nadąża. Cień wątpliwości pojawił się jeszcze tylko u wlotu w przecznicę, z której wystartowaliśmy: czy na pewno od razu trzeba skręcić, czy też okrążyć dodatkowo miejski skwer. Na szczęście jeden z pilnujących trasy dobrze mną pokierował i mogłem już bez żadnej asekuracji, ze wszystkich sił popędzić w stronę kreski. Przeciąłem metę z 3 s przewagą nad następnym. Uzyskałem czas 30:22 i zająłem 9 miejsce.
Za metą okazało się, że bezpośrednio walczyłem ze swoim imiennikiem, też Szymonem. Szymon Ławecki przypomniał  mi, że nie było to pierwszy raz, kiedyś podobnie wyglądała nasza rywalizacja w jednym z biegów w Warszawie, w Lesie Kabackim. Wówczas również udało mi wygrać skuteczniejszym finiszem. Zobaczymy, co będzie przy trzecim naszym spotkaniu. Na pewno nie miałbym szans z Szymonem reprezentującym klub Pogoń Siedlce w biegu na orientację, a właściwie w jego odmianie  – radioorientacji, konkurencji, w której on i jego koledzy obecni również w Stoczku  od lat się specjalizują.

Radioorientacja
Więcej o tej oryginalnej konkurencji dowiedziałem się ze strony internetowej http://www.radioorientacja.prv.pl autorstwa kolegi Szymona – Pawła Janika, który w biegu w Stoczku był tuż przed nami. Zasady są podobne do klasycznego biegu na orientację, z tym, że tu zawodnik jest wyposażony, oprócz mapy i kompasu, w specjalny odbiornik.  Zadaniem radioorientalisty jest zlokalizowanie odpowiedniej dla swojej kategorii ilości ukrytych w terenie nadajników małej mocy. Zawody rozgrywane są osobno w dwóch pasmach radiowych: a) fal krótkich – KF 3,5 MHz ; b) fal ultrakrótkich – UKF 144 MHz; przy tym drugi rodzaj jest trudniejszy.
Na stronie internetowej Pawła najbardziej spodobał mi się  opis tego, jakie zmiany dokonały się od strony technicznej w jego ulubionej dyscyplinie sportu: „Jeszcze piętnaście lat temu nadajnik „lis” musiał być obsługiwany przez sędziego, który powtarzał – „tu lis, tu lis...” albo naciskał gałkę klucza wysyłając odpowiedni sygnał, zestaw sygnałów Morse’a, teraz używa się nadajników automatycznych (...), a rola sędziego sprowadza się  do kontroli zawodników (zapisywania numerów startowych) i pilnowania, żeby nadajniki „nie wyparowały”. Kiedyś zawodnicy startowali parami, jeden dźwigał na plecach radiostację RBM1(około 15 kg) i antenę kierowaną na kiju. Drugi niósł pojemnik z akumulatorami oraz mapę i kompas. Ponieważ RBM1 musiała być połączona kablem z akumulatorami (bez nich jakoś nie działała) trudno było mówić o bieganiu takiego zespołu.(...) Dziś zawodnik korzysta najczęściej z seryjnie wykonanego urządzenia o wadze nie przekraczającej 0,5 kg, z którego można namierzyć nadajniki po prostu w biegu.” 

Obiad i dekoracja
Darmowy obiad dla biegaczy, wydawany zresztą bez żadnych numerków, składał się z dwóch dań: rosołu i pieczonego kurczaka z surówką i ziemniakami. Wygląda więc na to, że stoczkowianie nie traktują koguta - bohatera ich miejskiego herbu jak świętą krowę.
Dekoracja opóźniła się, bo po uczestnikach biegu głównego, na trasie wokół skweru, toczyła zacięte boje liczna gromada młodzieży szkolnej. Zawody się odbywały mimo zacinającego śniegu i przenikliwego zimna. W końcu jednak i oficjale i biegacze spotkali się w internacie szkolnym, aby zakończyć imprezę.
 
 


Medale, dyplomy i upominki (do wyboru z nagród rozłożonych na stole) odebrała trójka najszybszych pań : Alina Sakwa (czas – 39:48), Anna Wąsowska (39:50) i Krystyna Igras (40:04). Na tych samych zasadach odbyły się dekoracje panów: pierwszych trójek w klasyfikacji generalnej i kategoriach wiekowych. W mojej kategorii 40-latków za W. Więckowskim i za mną uplasował się Andrzej Witczak z czasem 31:21( w maratonie ma lepszy rekord życiowy ode mnie – 2 godz. 48 min).
Do wyjątkowej sytuacji doszło w przypadku trzeciego miejsca w kategorii 50-latków: medale (trzeba dodać wykonane bardzo rzetelnie – solidny mosiądz, z okolicznościowymi napisami na awersie i rewersie) wręczono dwóm biegaczom: Krzysztofowi Dąbrowskiemu (ACCE Centure) i Zbigniewowi Pawłowskiemu (Magnetyzer Maksop Puławy). Miałem okazję widzieć, jak zapamiętali w szaleńczej rywalizacji wbiegali na metę, nie sposób było stwierdzić, kto z nich był pierwszy. Krzysiek dobrze mi jest znany ze swojej niepospolitej ambicji; pokładów sportowej zawziętości mogłoby mu pozazdrościć wielu wyczynowców.

Powrót do Warszawy
Zabrałem się samochodem Darka Wieczorka, który wypad do Stoczka potraktował jako okazję do zrobienia ostrzejszego treningu, jednego z kilku jeszcze sprawdzianów formy przed najbliższym dla niego najważniejszym startem w maratonie we Wrocławiu (21 kwietnia). Opuszczaliśmy niespełna trzytysięczne miasteczko, które jednak każdy z nas zna z podręczników historii. Minęliśmy pomnik gen. J. Dwernickiego, przy kościele z cokołu pobłogosławił nam spiżowy Jan Paweł II, przy samej drodze pożegnaliśmy jeszcze najstarszy ze stoczkowych monumentów – pomniczek z 1917 roku, z kamiennym krzyżem, poświęcony Tadeuszowi Kościuszce. II Ogólnopolski Bieg Uliczny w Stoczku Łukowskim przeszedł do historii.

Opracował Szymon Drabczyk (marzec 2002)