Start
Do walki stanęło 57 osób, w tym sześć kobiet. Wśród biegaczy trzech niewidomych i
niedowidzących, dwóch z nich w towarzystwie przewodniczek na rowerach. Śnieg
zaczął zacinać tak, że orkiestra dęta musiała schować instrumenty. Burmistrz
Bogdan Gołęgowski przypomniał o bitwie sprzed 171 lat, kiedy to 14 lutego 1831
r. korpus polskiej jazdy pod dowództwem generała Józefa Dwernickiego pokonał
silne ugrupowanie rosyjskich wojsk generała Fiodora Geismara. Ten zwycięski bój
Powstania Listopadowego upamiętnia m.in. pieśń ze słowami Wincentego Pola –
„Grzmią pod Stoczkiem armaty”, a od 2001 roku Ogólnopolski Bieg Uliczny. Obok
burmistrza wystąpił pomysłodawca nadania imprezie rocznicowego charakteru,
reprezentant donatora, Ministerstwa Edukacji Narodowej - Jan Krypa, który sam
– wyjątkowy przypadek wśród gości oficjalnych - jest czynnym biegaczem.
Trzy rundy
Trzy pętle po 2900 metrów. Po początkowej około
stu metrowej prostej skręt w lewo i długi, z poziomu 173 metrów, zbieg - wszak
nazwę „Stoczek” nie nadano miejscowości przypadkowo. Najpierw asfalt głównej
drogi, ale dalej duże urozmaicenie: kawałek wyłożony betonowymi płytami znanymi
z dróg dojazdowych do budów, później trylinka ,a nad rozlewiskami, stawami przy
rzece Świder – polna droga z błotem i kałużami (szczególnie ciężka próba dla
niepełnosprawnych oraz ich atrakcyjnych pilotek na rowerach), na końcowym długim
odcinku, stromo w górę, znów dywanik asfaltowy.
Czołówka szybko umknęła mi z pola widzenia.
Na starcie zjawił się Darek Wieczorek z Legii Warszawa, styczniowy zwycięzca o
wiele lepiej obsadzonego Biegu Chomiczówki w Warszawie, więc jego zdecydowane
prowadzenie już po pierwszym okrążeniu było oczywiste. (Linię mety ostatecznie
minął z czasem 26:46, z przewagą ponad 20 s nad następnym zawodnikiem). Sprawa
pierwszeństwa w kategorii 40-latów też była z góry przesądzona. Wojtek
Więckowski, rocznik 1961, nie pożegnał się jeszcze z karierą wyczynowca i w
takim biegu jak ten mógł ustąpić pola jedynie Darkowi. Ja widziałem go z bliska
tylko na początku. Do najciekawszej rozgrywki „w czubie” doszło między
trzydziestolatkami, rodowitym stoczkowianinem Julkiem Ziółkowskim, pokonującym
maratony poniżej 2 godz. 25 min, a startującym w barwach tego samego klubu
Pogonii Siedlce Andrzejem Oknińskim, przed laty trzecim w mistrzostwach Polski
juniorów na 5 km, z czasem jako młodzieżowiec na tym dystansie - 14:28. Dziś
Andrzej nie trenuje tak dużo jak wcześniej (powód: bolące kolana), ale nadal
potrafi wykazać swój nie do końca kiedyś wykorzystany, niepośledni talent. W
Stoczku skutecznie odpierał ataki Julka i ostatecznie z przewagą blisko 15 s
okazał się wyraźnym zwycięzcą w tej, tak zaciętej na trasie rywalizacji. Czwarte
miejsce w rodzinnym mieście to oczywiście nie to, o czym marzył Julek. Dopiero
za rok będzie miał okazję znów powalczyć o podium.
W parze z radioorientalistą
Na samym początku to co tworzyliśmy można nazwać trojką. Mnie i młodszym ode
mnie dwóm biegaczom udawało się utrzymywać podobne tempo, dające miejsca w końcu
pierwszej dziesiątki całej stawki. Pałając wiarą, że zbieganie jest moją mocną
stroną, próbowałem od razu z górki odskoczyć i wyrobić sobie kilka metrów
przewagi. Mój atak jednak został odparty i po chwili już nie ja byłem kilka
kroków z przodu tylko jeden z tych, którzy mnie ścigali. Pozostawało mi
dotrzymywać kroku temu drugiemu. Okazało się, że przyszło nam tworzyć biegowy
duet następne dwie i pół rundy. Po pierwszym wzajemnym badaniu sił wiedzieliśmy
już, że łatwe oderwanie się od siebie nie wchodzi w grę. Można było przewidzieć,
że wygra ten, kto właściwie wybierze moment decydującego ataku na ostatnim
okrążeniu. Na dwóch pierwszych „kółkach” odczuwałem nieprzyjemny dyskomfort w
okolicach wątroby, nie tyle ból, co wrażenie niewygody. To chyba dawała o sobie
znać kawa, na którą skusiłem się godzinę wcześniej, nieco zziębnięty po podróży
i namówiony przez organizatorów. Normalnie kawy nie piję przed zawodami.
Trzymając tempo liczyłem, kierowany doświadczeniem, że problem z wątrobą sam
minie. I tak się stało na trzecim okrążeniu, poczucie odzyskania pełni
sprawności podniosło mnie na duchu i zmobilizowało – już nie miałem się czym
usprawiedliwić. Próbowałem podyktować trudniejsze warunki swojemu partnerowi na
najcięższym odcinku, z błotem i kałużami; z polnej drogi na asfalt wybiegłem
pierwszy. Tu jezdnia zaczynała prowadzić (na razie lekko) w górę. Na
niewidocznym samym szczycie czekała meta, jednak był do niej jeszcze z kilometr.
Po kilkudziesięciu metrach prowadzenia, rychło doczekałem się kontrataku.
Wiedziałem, że jak teraz odpadnę, to już będzie po wszystkim. Naprawdę
przeżywałem ciężkie chwile, pojawił się cień zwątpienia, miałem dwa metry straty
do rywala. W myślach szukałem, czegoś co mogłoby mnie psychicznie podbudować.
Znalazłem: stromizna ulicy, po której biegliśmy coraz bardziej przypominała
stopniem trudności fragment trasy cyklicznych biegów w Ciechanowie; tydzień
wcześniej z powodzeniem pięć razy pokonałem ciechanowską górkę, czemu teraz
miałoby być trudniej przyśpieszyć, przecież to ostatni podbieg. Tak umotywowany
zaatakowałem na zakręcie. Trochę sam byłem zdziwiony, że miałem jeszcze tyle
sił. Czułem, że dotychczasowy partner za mną nie nadąża. Cień wątpliwości
pojawił się jeszcze tylko u wlotu w przecznicę, z której wystartowaliśmy: czy na
pewno od razu trzeba skręcić, czy też okrążyć dodatkowo miejski skwer. Na
szczęście jeden z pilnujących trasy dobrze mną pokierował i mogłem już bez
żadnej asekuracji, ze wszystkich sił popędzić w stronę kreski. Przeciąłem metę z
3 s przewagą nad następnym. Uzyskałem czas 30:22 i zająłem 9 miejsce.
Za metą okazało się, że bezpośrednio walczyłem ze swoim imiennikiem, też
Szymonem. Szymon Ławecki przypomniał mi, że nie było to pierwszy raz, kiedyś
podobnie wyglądała nasza rywalizacja w jednym z biegów w Warszawie, w Lesie
Kabackim. Wówczas również udało mi wygrać skuteczniejszym finiszem. Zobaczymy,
co będzie przy trzecim naszym spotkaniu. Na pewno nie miałbym szans z Szymonem
reprezentującym klub Pogoń Siedlce w biegu na orientację, a właściwie w jego
odmianie – radioorientacji, konkurencji, w której on i jego koledzy obecni
również w Stoczku od lat się specjalizują.
Radioorientacja
Więcej o tej
oryginalnej konkurencji dowiedziałem się ze strony internetowej
http://www.radioorientacja.prv.pl
autorstwa kolegi Szymona – Pawła Janika, który w biegu w
Stoczku był tuż przed nami. Zasady są podobne do klasycznego biegu na
orientację, z tym, że tu zawodnik jest wyposażony, oprócz mapy i kompasu, w
specjalny odbiornik. Zadaniem radioorientalisty jest zlokalizowanie
odpowiedniej dla swojej kategorii ilości ukrytych w terenie nadajników małej
mocy. Zawody rozgrywane są osobno w dwóch pasmach radiowych: a) fal krótkich –
KF 3,5 MHz ; b) fal ultrakrótkich – UKF 144 MHz; przy tym drugi rodzaj jest
trudniejszy.
Na stronie
internetowej Pawła najbardziej spodobał mi się opis tego, jakie zmiany dokonały
się od strony technicznej w jego ulubionej dyscyplinie sportu: „
Jeszcze
piętnaście lat temu nadajnik „lis” musiał być obsługiwany przez sędziego, który
powtarzał – „tu lis, tu lis...” albo naciskał gałkę klucza wysyłając odpowiedni
sygnał, zestaw sygnałów Morse’a, teraz używa się nadajników automatycznych
(...), a rola sędziego sprowadza się do kontroli zawodników (zapisywania
numerów startowych) i pilnowania, żeby nadajniki „nie wyparowały”. Kiedyś
zawodnicy startowali parami, jeden dźwigał na plecach radiostację RBM1(około 15
kg) i antenę kierowaną na kiju. Drugi niósł pojemnik z akumulatorami oraz mapę i
kompas. Ponieważ RBM1 musiała być połączona kablem z akumulatorami (bez nich
jakoś nie działała) trudno było mówić o bieganiu takiego zespołu.(...) Dziś
zawodnik korzysta najczęściej z seryjnie wykonanego urządzenia o wadze nie
przekraczającej 0,5 kg, z którego można namierzyć nadajniki po prostu w biegu.”
Obiad i dekoracja
Darmowy obiad dla biegaczy,
wydawany zresztą bez żadnych numerków, składał się z dwóch dań: rosołu i
pieczonego kurczaka z surówką i ziemniakami. Wygląda więc na to, że
stoczkowianie nie traktują koguta - bohatera ich miejskiego herbu jak świętą
krowę.
Dekoracja opóźniła się, bo po uczestnikach biegu głównego, na trasie
wokół skweru, toczyła zacięte boje liczna gromada młodzieży szkolnej. Zawody
się odbywały mimo zacinającego śniegu i przenikliwego zimna. W końcu jednak i
oficjale i biegacze spotkali się w internacie szkolnym, aby zakończyć imprezę.