wyjście
Powrót na poprzednią stronę

Szymon Drabczyk donosi:

Półmaraton Ossów-Radzymin 2002 – niespodziewane III miejsce

 
Walka
Rok temu, mimo niezłej formy, zająłem piąte miejsce w kategorii czterdziestolatków, a 18. byłem w klasyfikacji generalnej. Nie miałem podstaw, żeby myśleć, że w tegorocznej edycji wypadnę znacząco lepiej. Impreza organizowana od jedenastu lat 15 sierpnia, w rocznice Bitwy Warszawskiej z 1920 roku, ma już swoją markę i przyciąga corocznie masę dobrych biegaczy z kraju i zagranicy. Moje ostatnie wyniki na sierpniowych zawodach w Ciechanowie ( 10 km - II miejsce w open) i w Płońsku (10 km – X w open i II miejsce w kategorii) mogły mnie cieszyć, ale w perspektywie startu w Ossowie nie obiecywały zbyt wiele: może przy dobrym moim dniu i absencji któregoś z rywali, wywalczę czwarte miejsce (jak wiadomo przykre ,bo tuż poza podium). Utwierdziła mnie jeszcze o wysokim prawdopodobieństwie takiej kalkulacji rozmowa w Ossowie z Wojtkiem Więckowskim, chyba dziś najlepszym polskim zawodnikiem w kategorii 40-latków.
Wojtek podczas rozgrzewki powiedział mi, że zgłosili się już do startu Litwin – Vytautas Vaitkevićius, wprawdzie rocznik 1955, ale potrafiący półmaraton ciągle jeszcze przebiec w czasie poniżej 1 godziny i kwadransa ( Ossów- Radzymin 2000 czas – 1:13:03, Radzymin- Ossów 2001 – 1: 14:29) oraz czterdziestolatek Eugeniusz Zakrzewski, mistrz Polski weteranów na 10 km na ulicy (Koło 2000 – czas: 31:07) i w biegu przełajowym(Ciechanów 2000 – 35:22). Myśląc realistycznie, w rywalizacji z tą trójką nie miałem żadnych szans. Do tego jeszcze - już w tłumie zbierającym się na linii startowej – dostrzegłem Andrzeja Witczaka, który wprawdzie do tej pory ze mną nie wygrał, ale w Ożarowie na wiosnę był tego bliski. Andrzej wizualnie robił bardzo dobre wrażenie; wiedziałem, ze był na obozie treningowym w górach i widać było, że czasu nie zmarnował.

Od startu ruszyłem spokojnie. Postanowiłem pierwsze 5-10 km przebiec jak najmniejszym kosztem. Skoro podium jest nieosiągalne, nie ma co wyrywać do przodu. Za najważniejszego rywala trzeba było uznać Andrzeja Witczaka. Ma on lepszy ode mnie rekord życiowy w maratonie (uzyskał w zeszłym roku 2 godz.48 min), więc wydawał się szczególnie groźny w końcowej części trasy, gdzie mnie mogło już zabraknąć wytrzymałości. Czułem, że jest niedaleko za moimi plecami i wiedziałem, że nie da się go łatwo zniechęcić do dotrzymywania mi kroku. Jednak robiłem swoje, licząc, że zaprocentuje mądre bieganie. Dobrze rozgrzałem się przed rozpoczęciem zawodów, więc nie miałem problemu z osiągnięciem przyzwoitego, równego tempa. Wybierałem najlepszą nawierzchnię na wprawdzie asfaltowej, ale miejscami zniszczonej, nierównej szosie. Biegłem tak, żeby jak najdłużej chronić się przed słońcem w cieniu przydrożnych drzew i przecinałem zakręty po najkrótszej linii. Początkowo byłem liderem jednej z grupek biegaczy (z Andrzejem Witczakiem w składzie), inni podążali zatem z reguły moim śladem. Przed naszą grupką kilka metrów z przodu biegła trójka, a w niej znany mi dobrze kolega z Zielonki koło Warszawy – Krzysztof Osowiecki, w wieku szkolnym spory talent w biegach średnich, dziś po przerwie na urządzenie się w dorosłym życiu, ze skończoną trzydziestką, powracający pod okiem Jacka Gardenera do intensywnego treningu i do dobrych wyników. W tym roku zdarzyło mi się już z nim przegrać. Tuż za Kryśkiem biegła Krystyna Pieczulis, której uciekły Białorusinka i Ukrainka tak daleko, że ewentualna skuteczna pogoń wydawała się – przynajmniej na tym etapie – mało realna. Oderwałem się od swojej grupki i dołączyłem do trójki. Próbowałem biec w parze z Krystyną, ale po około 500 metrach, oceniłem, że jej tempo jest za słabe. Wysunąłem się do przodu, nawet przed Krzyśka. Zorientowałem się, że ma on plan osiągnięcia dobrego rezultatu w tym biegu i nie miałby nic przeciwko temu, żebyśmy współpracowali na dalszej trasie. Dołączył do mnie. Stworzyliśmy duet, który – jak się okazało – przetrwał kolejnych kilkanaście kilometrów.

Linię oznaczającą pokonanie 5 km przekroczyłem osiągając mało imponujący czas 19:02, ale nie byłem prawie zmęczony i - co równie ważne - dobrej myśli. Rozpoczęta dopiero co współpraca z Krzyśkiem wróżyła jak najlepiej. On raczej nadawał tempo. Ja miałem momenty, w których odczuwałem przypływ energii i gnało mnie do przodu, ale powstrzymywałem się przypominając sobie, że to półmaraton i jeszcze nie minęliśmy nawet 10 km. Szafowanie teraz siłami mogło się później zemścić. Poruszaliśmy się przez kilka kilometrów po trasie, która prowadzi w bok od najkrótszego połączenia Ossów – Radzymin, po trasie z nawrotem, dzięki któremu my z dalszych pozycji mogliśmy się zorientować najpierw jak wygląda rozgrywka o czołowe lokaty, a później - po nawrocie – kto nas goni i jakie ma w tym pościgu szanse. Prowadziła grupa chyba 5-6-osobowa, w której rozpoznałem tylko Michała Bartoszaka i Białorusina Wladimira Tiamczika. Dalej, ale z już bardzo dużą stratą, kilku minut zgrupowali się kolejni zawodnicy. Prowadzili grupę – Tadeusz Chudziński i Wojciech Więckowski, wśród zamykających ją rozpoznałem charakterystyczną sylwetkę (z łysą głową, szerokim stylem biegania) wspomnianego wcześniej Litwina, który w Polsce biega czasami także pod spolszczonym nazwiskiem: Witold Wojtkiewicz. Gdy go zobaczyłem, nawet myśl mi nie przeszła przez głowę, że jest szansa go dogonić. Ja miałem jeszcze szmat drogi do nawrotu, on już dawno miał go za sobą. Po nawrocie okazało się, że razem z Krzyśkiem utrzymujemy przewagę 200-300 metrów nad kolejną grupą, m.in. z Witczakiem i Paczulis. Pod tym względem było obiecująco. Rodziła się zachęta do dalszej kooperacji w naszym duecie. Po drodze od nawrotu bardzo dużo osób z dalszych pozycji pozdrawiało, dopingowało mnie, niestety nie zawsze miałem siły w porę im podziękować, przynajmniej gestem ręki.

Wróciliśmy na bezpośrednią trasę Ossów - Radzymin. Pojawili się wózkarze. Mają oni liczniki dystansu na swoich pojazdach, więc można się było u nich informować na bieżąco, ile kilometrów poza nami. Zbliżał się 10 kilometr. W końcu minęliśmy linię z tym napisem. Przede wszystkim jedno zwróciło moją uwagę: mój zegarek nie wydał wcześniej sygnału dźwiękowego, co musiało oznaczać, że drugie 5 km przebiegłem szybciej od pierwszych. To zdarza się w przypadku mojego biegania bardzo rzadko. Na szczęście nie upajałem się tym faktem szczególnie, zwłaszcza , że Krzysiek – ku mojemu pewnemu zaskoczeniu – czas 10 km: 37 min 36 s ocenił jako słaby. Skoro tak to ruszyłem z animuszem dalej. Niedługo potem jednak poczułem, że opadam nieco z sił. Pojawiały się okresy, w których nie mogłem dotrzymać Krzyśkowi kroku i zostawałem na 3-4 metry z tyłu. Wtedy dopiero ujawniły się w pełni korzyści z biegania razem. Krzysiek nie próbował mi uciec, tylko nieznacznie zwalniał, co pozwalało mi nie tracić dystansu. Podzielił się ze mną również isostarem ze swojego bidonu, co chyba najbardziej mi pomogło.

Wkrótce po moim kryzysie nie było śladu i ja zacząłem nadawać żywsze tempo w naszym duecie. Wydawało się, że nasza współpraca przetrwa aż do odcinka przed metą i tam rozstrzygnie finisz, który z nas dwóch będzie pierwszy. Jednak tak się nie stało. Na jakimś (niestety kolejne 5 km nie było oznaczenia na asfalcie) 15 kilometrze Krzysiek zasygnalizował, że zaczął go boleć mięsień w nodze. Z początku nie zmniejszał prędkości i jeszcze z kilometr przebiegliśmy prawie tak samo harmonijnie jak wcześniej. Okazało się jednak, że ból Krzyskowi nie minął. Krzysiek zaczął zostawać. Początkowo próbowałem czekać, przecież on mi pomógł, gdy ja przeżywałem niedawno okresy słabości, ale on zupełnie się zatrzymał, chyba groziło, że będzie musiał się wycofać z biegu. W tej sytuacji mam nadzieję, że nie ma mi za złe, że dłużej nie czekałem i - nie oglądając się później - pobiegłem szybko do przodu. Specjalnie nie wyglądało na to, żebym mógł kogoś dogonić. Jeśli kogoś widziałem przed sobą na tej teraz krętej drodze to byli to (zapewne) zawodnicy z V (sześćdziesięciolatkowie) kategorii, którzy z tymi z VI wyruszyli na trasę pół godziny wcześniej od pozostałych startujących.

Nieoczekiwanie znów nadjechała z tyłu para wózkarzy. Nie mając już wsparcia w Krzyśku, starałem się jak najdłużej wykorzystać dopingujące do przyśpieszenia ich towarzystwo. Oczywiście, gdy trasa zaczęła prowadzić nieco z górki, wózkarze łatwo oderwali się ode mnie, ale ciągle byli w zasięgu wzroku. W pewnym momencie, może to było na 3,5 km przed metą, zauważyłem początkowo odległą, ale później coraz bliższą postać, w której pierwsze rozpoznanie nie chciałem uwierzyć. Okazało się to jednak prawdą - kilkaset metrów przede mną biegł Litwin Vytautas Vaitkevićius. Postanowiłem podjąć wyzwanie. Do mety było na tyle daleko, że nie musiałem raptownie przyśpieszyć. Ważne żeby dystans systematycznie się zmniejszał, żeby zachować jeszcze pewną rezerwę sił. I udawało mi się zmniejszać odległość. Przed decydującą rozgrywką między nami zjawiły się na poboczu dzieci z półtoralitrowymi butelkami wody. Najpierw skorzystał Vytautas, a chwilę później ja z tej chyba już ostatniej możliwości przed metą uzupełnienia płynów w organizmie. Wypiłem dwa łyki, polałem trochę głowę. Słońce prażyło i zaczynała się część trasy pozbawiona cienia.

Na atak zdecydowałem się na łagodnym zakręcie. Przeciąłem go po linii prostej, mijając Vytautasa zachowałem duży odstęp, tak żeby nie mógł łatwo uczepić się moich pleców. Miałem też tę przewagę nad nim, że on nie wiedział na pewno, że jestem z jego kategorii. Atak się powiódł, nie czułem, żadnej bezpośredniej obecności za sobą. Do mety mogło być jeszcze z 2 km. Już widziałem z oddali znajomą wysoką estakadę, którą trzeba pokonać, żeby dostać się do centrum Radzymina ponad obwodnicą, częścią trasy warszawskiej. Do podnóża estakady zbliżała się właśnie para wózkarzy, która wcześniej mi tak odjechała do przodu. Powiedziałem sobie w duchu, że jak zdołam być przed wózkarzami na szczycie to już nikt nie zagrozi uzyskanej przeze mnie pozycji. Zmobilizowałem się, przypomniałem sobie dla zachęty, że codziennie na treningu w Łazienkach Królewskich w Warszawie pokonuję wzniesienie skarpy wiślanej, że przecież jestem zaprawiony do zdobywania takich wzniesień uczestnictwem w Grand Prix Ciechanowa, gdzie na stromą górkę przy dystansie 10 km trzeba wspiąć się pięć razy. Pomogło, chociaż do wyprzedzenia na szczycie wózkarzy zabrakło mi 2-3 metry. Oni pomknęli błyskawicznie w dół, ale ja pozostałem ze świadomością, że mój podbieg był w takim tempie, iż raczej nikt z ewentualnie mnie ścigających nie miał szans zbliżyć się do mnie. Cień obawy jednakże pozostał. Tym co realnie mogło mi zagrozić to „siła peletonu”, jak to określają sprawozdawcy kolarscy. Za mną mogła się uformować koalicja złożona np. z umiejącej przecież rozłożyć siły Paczulis, z odzyskującego werwę Litwina i wytrenowanego Andrzeja Witczaka. Długi zbieg z estakady sprzyjał jednak mnie, umiałem wydłużyć krok, rozluźnić się, bez wielkiego wysiłku, z duża szybkością nieuchronnie zmierzałem do mety. Już na płaskim odcinku szosy odczytałem napis 20 km ( mój czas: 1:16:13), więc do mety tylko nieco ponad 1 km. Nie mogłem zmarnować dotychczasowego wysiłku. Nawet widziałem już transparent, chociaż nie byłem pewien, czy wyznacza on metę, czy służy tylko celom reklamowym. Gdy po kilkuset metrach mogłem go zobaczyć w całości, odczytałem napis meta, ale ostatecznie okazało to mylące, bo kreska była jeszcze kilkadziesiąt metrów dalej. Dobrze, że nie naciskał mnie nikt na ostatnich metrach z tyłu, bo wtedy ta dezorientacja mogła mieć znaczenie. Podczas mojego finiszu rozpoznałem jeszcze dopingujący mnie głos Darka Wieczorka, który według Wojtka Więckowskiego miał być na obozie treningowym gdzieś w górach, a jednak zjawił się wśród widzów w Radzyminie. Gdy znalazłem się za metą, z odnotowanym czasem: 1:20:09, byłem zmęczony, ale i szczęśliwy. Osiągnąłem to co zupełnie wykraczało poza moje przewidywania: byłem trzeci w kategorii wiekowej, piętnasty w klasyfikacji generalnej, co jest najlepszą lokatą uzyskaną przeze mnie w historii tej imprezy (startuję w niej od 1995 roku), miałem też najlepszy czas spośród wszystkich moich startów na trasie półmaratonu upamiętniającego „Cud nad Wisłą”.

Litwin przybiegł za mną z 15-sekundową stratą. Krzysiek Osowiecki dobiegł do mety, choć kilkakrotnie stawał na trasie, zajął 17. miejsce z czasem: 1:20: 57. Andrzej Witczak był dopiero 31., osiągając rezultat: 1: 27: 05. Jak mi później powiedział, na 7. kilometrze, z nieznanych mu powodów, zaczął odczuwać silny ból w obu łydkach.

Znajomi, dobrzy znajomi i przyjaciele

Na liście obejmującej wszystkich 195 tych, którzy ukończyli Międzynarodowy Półmaraton z okazji 82 rocznicy Bitwy Warszawskiej – XI Bieg Uliczny „Cud nad Wisłą”, znalazłem 77 zawodników, których nazwisko potrafiłem w swojej głowie skojarzyć z określoną twarzą. Na pewno było jeszcze sporo takich, których rozpoznałem na zawodach, ale których nie znam z nazwiska. Chociaż do tej pory tego nie porównywałem, to jestem prawie pewien, że krąg biegaczy jest najszerszym kręgiem moich znajomych. W pełni zdałem sobie z tego sprawę właśnie na trasie Ossów-Radzymin. Tyle osób mnie pozdrawiało, tyle osób ja poznawałem, gdy oni biegli do nawrotu, a ja już od niego wracałem. Z pierwszej dziesiątki dobrzy moi znajomi to Tadeusz Chudzyński (spotykałem go na zawodach w Płońsku, Ciechanowie; w Warszawie podczas Jesiennych Mistrzostw Polski w Biegach Przełajowych „Sprawni razem” w październiku 2000 roku opowiadał mi o swoich kłopotach rodzinnych i sukcesach międzynarodowych), Wojciech Więckowski ( niedościgły lider mojej kategorii 40-latków), Juliusz Ziółkowski (znam go z czasów, gdy jeszcze studiował w Warszawie), Jacek Gardener (zawsze, gdy razem stratujemy, jest przede mną na mecie). Ze zwycięzcą Białorusinem Wladimirem Tiamczukiem miałem okazję porozmawiać w zeszłym roku, bo wracaliśmy do Warszawy tym samym pociągiem z zawodów w Zbąszyniu.

Dla odmiany wśród tych, którzy kończyli półmaraton na jednych z ostatnich pozycji dobrze znam Adama Flisaka (byłego zapaśnika, co łatwo rozpoznać po uścisku przy podaniu mu ręki, który dziś ma problemy ze znalezieniem pracy), Zbigniewa Błaszczaka (związany rodzinnie z byłym polskimi terenami wschodnimi, a także z Wrocławiem, gdzie ukończył studia i Warszawą, gdzie osiadł). Trudno nie znać ostatniego na mecie Krzysztofa Łapaja, którego wyróżnia potężna postura, noszenie stroju identycznego ze strojem reprezentantów Polski w lekkiej atletyce i wiszący u szyi blaszany identyfikator, jaki noszą żołnierze. Wśród jedenastu przedstawicielek płci pięknej, które ukończyły półmaraton, zupełnie nie znam tylko trzech. Druga na mecie - Natalia Gałuszka z Białorusi często zwycięża w Polsce, więc jej nazwisko nie jest mi obce, z trzecią - Krystyną Paczulis z Olsztyna zrobiłem wspólnie w Radzyminie rozbieganie po biegu, piątą - Anię Karłowicz znam od bardzo dawna i wiem np., że jest laureatką prestiżowego konkursu krasomówczego, a także że kiedyś oprowadzała turystów po Warszawie, szósta – Dorota Smarkala to atrakcyjna blondynka z Klubu Biegacza Reebook, o której niedawno pisałem, że na ciechanowskiej „15” była przewodnikiem niewidomego Ryszarda Sawy, siódma – Danuta Orzechowska, biegająca zawsze z mężem Mieczysławem, którą spotykam bardzo często, bowiem prowadzi zajęcia gimnastyczne w przedszkolu w sąsiedztwie mojego domu, dziewiąta – Maria Teichert i zaraz za nią jako dziesiąta wśród kobiet – Elżbieta Hirszler, obie z Królewskiego Klubu Biegacza Ursynów, obie subtelne i skromne.

Moi znajomi wśród niepełnosprawnych to np. o rok młodszy ode mnie, niedowidzący Sławomir Jeżowski, który zaimponował mi zaliczeniem przed kilku laty kaliskiej „setki”. Na wszystkich wielkie wrażenie robi Sławomir Dul, biegacz, którego jedna ręka kończy się tylko nieznacznie za jego łokciem, a druga sięga może do połowy ramienia. Nie uwierzyłbym, gdybym tego nie zobaczył - Sławek tymi ułomnymi kończynami potrafi zawiązać sobie sam sznurowadła u butów! Z pozostałych zawodników wymienię już tylko kolegów, których spotykam regularnie na biegach Grand Prix Ciechanowa, a którzy – jak zwykle gremialnie - zgłosili się na start w radzymińskim półmaratonie: Andrzej Piechna, Mirek Wilkowski, Zenek Lewandowski, Waldemar Jabłoński, Edward Staniszewski, Andrzej Waloryszak, Jacek Goszczyński i last not least – Krzysztof Dąbrowski, z którym łączą mnie najbardziej przyjacielskie stosunki. Krzysiek to 52-latek, weteran amatorskiego biegania, które rozpoczynał przed 22 laty w TKKF na Bielanach w Warszawie. W swojej bogatej biografii ma również pływanie na statkach dalekomorskich, gdzie trenował biegając po pokładzie. Jest wzorem waleczności. Mieszka w Radzyminie i od lat stara się namawiać do biegania swoich sąsiadów. W tym roku z zachęconych przez niego do biegania wzięli udział w półmaratonie nauczyciel matematyki A. Waloryszak i lekarz Jarosław Skorupiński. Co roku tradycyjnie Krzysiek wraz żoną Hanią zaprasza po biegu swoich bliskich kolegów z Klubu Biegacza „Promyk Ciechanów” do swojego domu na ogrodowe przyjęcie. Nie inaczej było i tym razem, i ja byłem zaproszony. Krzysiek szczególnie był szczęśliwy, bo wygrał niełatwą rywalizację o tytuł najszybszego radzymianina w półmaratonie.

Muszę jeszcze wspomnieć o doktorze anestezjologu Marianie Nowickim, który po koleżeńsku zabrał mnie swoim samochodem na zawody i z nich przywiózł do Warszawy. Nie zdarzyło się to pierwszy raz. Marian w tym roku zdecydował się odważnie po raz pierwszy na udział w czteroetapowym Biegu Pokoju Pamięci Dzieci Zamojszczyzny w dniach 5-8 września 2002. Dla mnie bieganie w zawodach dzień po dniu: pierwszy dzień – 35 km, drugi – 20 km, trzeci –30 km i w ostatnim - 15 km, to coś zupełnie abstrakcyjnego, nie wyobrażam sobie, żebym się na coś takiego mógł zdecydować.

To tyle o moich znajomych i przyjaciołach biegaczach, których spotkałem przy okazji tegorocznej imprezy. Już jako zupełną ciekawostkę dodam, że wśród tych moich biegowych znajomych, którzy nie byli w Radzyminie, mam takich, którym np. zawdzięczam wyjątkową atrakcję, jaką jest przejazd warszawskim tramwajem w kabinie motorniczego albo zabłyśnięcie niezwykłym znawstwem tendencji kursowych na warszawskiej giełdzie papierów wartościowych, znawstwem, o które nikt mnie nie podejrzewał, łącznie ze mną.

Wyniki

Pierwsza szóstka wśród mężczyzn:
1. Wladimir Tiamczik Białoruś : 1: 06: 59
2. Mykhahlo Iveruk Ukraina    1: 07: 01
3. Jurij Giczun Ukraina 1: 07: 05
4. Michał Bartoszak Warszawa 1: 07: 08
5. Tadeusz Chudziński Międzyzdroje 1: 14: 24
6. Wojciech Więckowski Niesłuchów 1: 14: 24

Władimir Tiamczik zwyciężył po raz trzeci z rzędu, z czasem tylko o 8 sekund gorszym od najlepszego, uzyskanego w 2000 roku. Pierwsza nagroda ufundowana przez organizację miejscowych biznesmenów wynosiła 3 000 zł.

Pierwsza szóstka wśród kobiet:
1. Olga Kozel Ukraina czas: 1: 17: 15
2. Natalia Gałuszka Białoruś 1: 18: 20
3. Krystyna Paczulis Olsztyn 1: 21: 14
4. Izabela Krzyna Szczytno 1: 44: 58
5. Anna Karłowicz Warszawa 1: 52: 31
6. Dorota Smarkala Warszawa 1: 52: 54

Widziałem po biegu, przy okazji mojego rozbiegania, jakim wysiłkiem okupiła zwycięstwo Ukrainka. Słaniała się na nogach, trzymała się za brzuch, wymiotowała. Krystyna Paczulis już na pierwszych kilometrach oceniła, że nie da tym razem rady zawodniczkom ze Wschodu i skoncentrowała się na pewnym dobiegnięciu na trzecim miejscu.

Zwycięscy poszczególnych kategorii:
I do 29 lat : Wladimir Tiamczik
II 30 – 39 lat : Michał Bartoszak
III 40 – 49 lat : Wojciech Więckowski (drugi był Eugeniusz Zakrzewski z Dobrocina z czasem: 1: 17: 05)
IV 50 – 59 lat : Karol Kałus Żory czas: 1: 22: 02
V 60 – 69 lat : Wiesław Olesiewicz Białystok 1: 32: 19
VI 70 lat i starsi : Zygmunt Grzelak Warszawa 1: 55: 41

W biegu uczestniczył również biegacz urodzony w 1920 roku - Julian Jaremiszyn. Na metę dotarł po dwu i półgodzinnym marszu poruszający się o kulach Robert Pawłowicz. Dla 68-letniego Jerzego Rosieckiego z Warszawy to były 548 zawody biegowe w życiu, zaświadcza o tym jego notatnik ze stemplowanymi potwierdzeniami.

Wśród zawodników na wózkach wygrał – niezawodny Bogdan Król z Ornety.

Pełny zestaw wyników można otrzymać kierując prośbę o ich przysłanie na adres e-mailowy: szuppel@poczta.onet.pl

 Plusy i minusy

Zalety XI Biegu „Cud nad Wisłą” to:
● niskie wpisowe – 10 zł, w sytuacji, gdy każdy otrzymał koszulkę,  dyplom, torbę, kilka buteleczek wody do picia, ciepły posiłek, dojazd z Radzymina do Ossowa autokarem był bezpłatny, nagrody dla najlepszych we wszystkich kategoriach były relatywnie wysokie;
● atestowana przez PZLA trasa;
● bez zarzutu zabezpieczenie trasy, przed wózkarzami jechał dodatkowo samochód policyjny;
● sprawni harcerze w podawaniu kubków z wodą na trasie;
● wystarczająca ilość wody do picia po biegu i możliwość zakupu piwa na firmowych stoiskach browarów;
● szybkie wywieszenie wyników biegu i łatwość w otrzymaniu ich wydruku;
● dużo nagród, o znaczącej wartości;

Niedostatki:
● nienajlepsza organizacja zapisów, odbierania numerów w Ossowie;
● tylko dwie kabiny toaletowe dla mężczyzn w szkole w Ossowie;
● brak gąbek z wodą w punktach na trasie;
● brak możliwości skorzystania z prysznica w Radzyminie po biegu;
● nieprzeprowadzenie losowania nagród wśród wszystkich uczestników. 

 
Opracował Szymon Drabczyk (sierpień 2002)