|
Powrót na poprzednią stronę |
Szymon Drabczyk donosi:
|
|
Październikowe bieganie 2002 |
|
Bieg Terry'ego Foxa w Warszawie (6 października 2002)
- bieg bez mety Certyfikat udziału w corocznym Biegu Terry'ego Foxa (foto Z. Woźniak)
"Nie biegam, żeby stać się bogaty lub sławny. Dla mnie sława nie łączy się z bieganiem. Tym jedynie ważnym jest znalezienie remedium na raka. Nie zapominajcie o tym. Nie jestem innym od was - ani kimś lepszym ani gorszym. Dodajecie mi otuchy, oklaskujecie mnie, jeśli jednak przekażecie jednego dolara, wówczas będziecie mieli swój wkład w Maraton Nadziei. Jeśli nie będzie mi dane dobiec do mety, potrzebni będą inni do kontynuacji. Bieg musi trwać nawet i beze mnie."
To wypowiedź z lipca 1980 roku dwudziestojednoletniego Kanadyjczyka Terry'ego Foxa, sportowca, który z amputowaną z powodu raka kości prawą nogą, posługując się protezą , biegł przez 143 dni po ok. 42 km na dobę. Niestety zmarł niecały rok po swym osiągnięciu. Głoszona przez niego idea walki z rakiem, przetrwała, podtrzymywana przez fundację jego imienia. Dziś Biegi Terry'ego Foxa odbywają się w 50 krajach świata, od 1996 roku w Polsce. Kolejna warszawska edycja biegu przyciągnęła - jak w poprzednich latach - liczną grupę ludzi chcących zamanifestować ważność problemu przeciwdziałania chorobom nowotworowym i ich skutecznego zwalczania. Zdrowy, nie stroniący od odpowiednio dawkowanego wysiłku fizycznego sposób życia i pogoda ducha to - jak mówią lekarze - większa szansa na długowieczność. Taką pogodą ducha tryskał Kanadyjczyk o imieniu Richard, w wolnych chwilach zapalony bramkarz hokejowy, który trzymając mikrofon zawiadywał całą imprezą z bazą przy Centrum Onkologii na Ursynowie w Warszawie. Jego wyuczona, ale bezbłędna polszczyzna przeplatała się z angielszczyzną, bo gros organizatorów i uczestników było obcokrajowcami. Całe przedsięwzięcie miało nieco zachodniego poloru : liczni wolontariusze, połączenie szczytnego celu z zabawą, festynem i piknikiem, obecne media (m.in. telewizja TVN), pozyskanie zasobnych sponsorów (jeden z wylosowanych kuponów gwarantował bilet dla dwóch osób na lot do Kanady) wykorzystanie imprezy do integracji pracowników dużych firm poza godzinami pracy. Z założenia nie chodziło o sportowy wynik, nawet nie było kreski, czy transparentu, który wyznaczałby linię mety. Oczywiście nikt nie zabraniał się ścigać, ale równie dobrze można było się po prostu przespacerować, rodzinnie, niedzielnie pieszo lub/i na rowerach, tylko w nieco większym towarzystwie. Ja chciałem się ścigać, bo poprzedniego dnia ,w sobotę z przyczyn ode mnie niezależnych, nie zaliczyłem zaplanowanego wcześniej startu. Znalazło się trochę partnerów do rywalizacji, jeśli już nie wśród biegaczy to słabszych rowerzystów, którzy na gruntowych drogach Ursynowa i Lasu Kabackiego, nie potrafili rozwinąć imponującej szybkości.. Mimo że starty na poszczególne dystansy odbywały się w odstępach, a trasy 2 km, 5 km i 10 km różniły się w znacznym stopniu przebiegiem, to tu i ówdzie tworzyły się zatory, które rozładowywała wzajemna uprzejmość. Trzeba podkreślić, że trasy były wzorowo oznakowane, tak że nawet ci, którzy widzieli Las Kabacki po raz pierwszy w życiu, czuli się prowadzeni jak po sznurku. To zasługa - piszę to obiektywnie, choć bardzo dobrze się znamy - Krzysztofa Dąbrowskiego, pracownika Accenture (firmy - współsponsora biegu), rutynowego biegacza, któremu pomagał mniej zawansowany biegowo, ale jako matematyk bardzo precyzyjny - Andrzej Waloryszak. Rezultat mojego ścigania był zgodny z moimi oczekiwaniami, pobiegłem nie oszczędzając się, na 10 000 metrów dałem się wyprzedzić jedynie kilku zawodnikom trenującym w klubach, wszyscy inni, którzy - najwyraźniej przeliczając się ze swoimi siłami - podjęli ze mną rywalizację na początku, na wyimaginowanej mecie zjawili się daleko za mną. Na dyplomie otrzymanym już przy zapisach widnieje dziesięć pól do zaklejania plakietkami dokumentującymi uczestnictwo i uiszczony drobny datek przy okazji kolejnych biegów. Na moim jest dopiero pierwsza naklejka: "The Terry Fox Run 2002". IV Bieg Pułaskiego w Warce (13 października 2002)
Już kolejny raz bieg w Warce odbywał się w dniu, w którym trwał jeszcze Warszawski Międzynarodowy Festiwal Filmowy, to dla mnie niedogodność, bo wyjazd z Warszawy oznacza ograniczenie wyboru projekcji w danym dniu tylko do seansów wieczornych. Mimo wszystko da się zdążyć obejrzeć wieczorem jeszcze dwa filmy. W tym roku ponadto w innym punkcie połączył mi się Festiwal z bieganiem. Kilka dni wcześniej byłem na festiwalowym pokazie filmu "Atanarjuat, biegacz"(tytuł angielski - "The Fast Runner"), gdzie jedną z kluczowych scen jawiła się ucieczka jednego z bohaterów - zupełnie nagiego kanadyjskiego Eskimosa - po śniegu, po krach, po roztopach, ucieczka przed śmiercią z rąk niegodziwego współplemieńca.
- po śniegu, po wodzie, po piwie Dość nieoczekiwanie w niedzielę,13 października, Warka przywitała nas ( przyjechałem pociągiem wraz z kilkoma innymi kolegami) sieczącym śniegiem, któremu nawet udawało się zabielić na krótkie chwile chodniki. Z Krzysztofem Przybyszem wybrałem szybki "zimowy" marsz jako sposób dotarcia ze stacji do miejsca startu na rynku, oswojenia z pogodą oraz jako część rozgrzewki. Inni zabrali się taksówką. Imponował hart puławskiej młodzieży, która tłumnie stanęła na starcie biegu dla uczniów. Oczywiście śnieg z deszczem nie odstraszył najbardziej wytrawnych biegaczy zawodowców, półamatorów i amatorów. Na starcie "10 km" stawiła ich się ponad kopa, w tym czterech z kategorii "sprawni inaczej". Bez zawahania wyruszył na trasę poruszający się o kulach Zbigniew Stefaniak. Później z podziwem oglądałem jego naznaczoną wysiłkiem, smaganą lodowatym deszczem twarz. Chociaż dotychczas starty w Warce miałem udane (otrzymane kiedyś za drugie czy trzecie miejsce (open) przenośne radio służy mi do dziś), to po zauważeniu obecności Wojtka Więckowskiego z góry musiałem być przygotowany na ustąpienie mu miejsca na szczycie kategorii 40-latków,a z kolei rozpoznanie dwóch młodych zawodników z Gwardii Warszawa, ostatnio wyraźnie lepszych ode mnie w zawodach w Kabatach, zapowiadało, że układ sił zepchnie mnie na dalsze miejsce. Ruszyłem w miarę szybko, kilkaset metrów po starcie zaczynał się zbieg , mijało się rozśpiewany kościół, a w nozdrzach czuło się znany z dzieciństwa, z kuchni mojego dziadka, zapach suszonych plasterków jabłek, tu znak działalności wareckiej przetwórni owoców i warzyw. Niestety zbieg się kończył i trzeba się było wspinać po asfalcie ku parkowi na wzgórzu, w parku odcinek żwirowy, następnie z bramy w lewo, znów w dół gdzie trafiało się na ten sam odcinek trasy, tylko pokonywało się go w odwrotnym kierunku, ponownie mijało się kościół (ciągle rozśpiewany) tylko, że wdrapując się pod górę. Tak jak było do przewidzenia, deszcz skutecznie rozprawił się z naszymi papierowymi numerami startowymi, raz po raz rozmiękły płachetek lądował w kałuży, ponieważ każdy się z tym liczył, zawczasu zapamiętywał swój numer i spisującym numery sędziom dawał ustne świadectwo; w zasadzie nie było z tym problemu, z wyjątkiem wpadki kolegi Tadeusza, który na mecie przekręcił swój numer i spowodował tym niewielkie opóźnienie podania końcowych wyników. Krople deszczu, topniejące w locie płatki śniegu lądowały na naszych ubraniach, a mnie dodatkowo dokładnie oblepiały szkła okularów, musiałem je kilkakrotnie przecierać, żeby cokolwiek widzieć i odzyskać pewność siebie. Ze zdziwieniem udało mi się dostrzec, że z rozgrywki o miejsce na podium dla zwycięzców zrezygnował Jacek Gardener, zrobił - jak to mówi - "zjazd do zajezdni" (Jacek kilka lat temu był motorniczym warszawskich tramwajów) i rezygnując z uczestnictwa w biegu nieoczekiwanie zbliżył mnie o jedno miejsce do czołówki. Dodatkowo gdy go mi mijałem truchtającego na poboczu, posłał mi słowa zachęty do pogoni za zawodnikiem, który uciekł mi na 30-40 metrów. Postanowiłem spróbować, wydłużyć krok i skupić swój przytępiony wzrok na sylwetce z przodu. Był to ktoś mi nieznany, wysoki i na pewno młodszy. Na drugim, ostatnim okrążeniu pomalutku zmniejszałem dystans, sporo mnie to kosztowało, ale na 300-400 metrów przed metą zbliżyłem się na odległość 4-6 metrów. Niestety trwało to krótko, tym razem długi podbieg, który prowadził już na metę, nie okazał się moim sprzymierzeńcem. Plecy przede mną znów zaczęły się oddalać i tak było aż do linii mety. Przybiegłem - jak się okazało - jako siódmy z symetrycznym czasem 35:35. Moim niedościgłym "zającem" był Rafał Walicki, żołnierz służący w oddziale kawalerii, w przed kilku laty utworzonej, reprezentacyjnej jednostce polskiego wojska, stacjonującej w Mińsku Mazowieckim. Zrobiłem z nim rozbieganie kilka minut później i dowiedziałem się, że na poważnie to uprawiał triathlon w Holandii, zanim - nie wymigując się - stawił się do odbycia wojskowej służby zasadniczej w Polsce. "Kawaleria to takie piękne wojsko, nie trafiłem do niej przypadkiem , bo wcześniej byłem już instruktorem jazdy konnej"- mówi. W tym roku w Oleśnicy zdobył tytuł mistrza polski służby zasadniczej w biegu na 10 km, z czasem 32 minut. Nic dziwnego, że z nim przegrałem. W IV wareckim biegu zwyciężył Białorusin Włodzimierz Duchowicz ( rocznik 1970) - 33:08, przed o dziewięć lat starszym Wojciechem Więckowskim - 33:45 i dwudziestoczterolatkiem Piotrem Jakubowskim z Gwardii Warszawa - 34:09. Wśród pań najszybsze to : Renata Antropik - 38:20 i Agnieszka Sypek - 39:29 , obie reprezentantki Warszawianki oraz Marta Mikołajczyk - 41:42, godnie reprezentująca gospodarzy biegu, Klub Biegacza Warka Strong. Kompozycja "Warka 1478-2002" (foto S.Drabczyk)
Po biegu każdy dostał po piwie; za drugie miejsce w kategorii wiekowej otrzymałem także żelazko dobrej marki, które sprawdza się mi już drugi miesiąc bardzo dobrze. IX Mistrzostwa Polski Weteranów w Biegu na Przełaj w Ciechanowie
- znać swoje miejsce
Przyjeżdżając do Ciechanowa na zorganizowane w sobotę, 26 października 2002 r. mistrzostwa nie mogłem się spodziewać zbyt wiele, bo przecież nie należę do ścisłej czołówki w mojej kategorii wiekowej w skali kraju. Do Wojtka Więckowskiego zwykle tracę kilka minut, a gdy zjadą się ludzie z Polski to w te parę minut może się wpasować nawet kilkanaście rączych czterdziestolatków. Nie chciałem jednak łatwo oddawać pola. Kilka tygodni wcześniej myślałem już o tym starcie i nie czyniąc żadnych specjalnych przygotowań, postanowiłem robić tylko trochę pilniej to co zwykle: starty dla podtrzymania formy, podbiegi na skarpę wiślaną przy każdej pięciokilometrowej rundzie , codziennego( z wyjątkiem piątków i startów) treningu w Łazienkach Królewskich. Spodziewałem się, że depczący mi ostatnio po piętach warszawscy rywale: Jacek Nowocień i Andrzej Witczak, zechcą w Ciechanowie znów zaatakować. Wiedziałem, że to powinno mnie najbardziej realnie mobilizować. Zupełnie dla mnie niezauważalnie wyrósł mi ponadto nowy przeciwnik z Płońska. Jak się okazuje - udokumentowało to zdjęcie - byliśmy już 11.08.2002 r. wspólnie na podium przy dekoracji w kategorii 40-latków na zakończenie płońskiego biegu ulicznego na 10 km. Ja pewnie rozpamiętując jeszcze wówczas nieudany atak na finiszu na pozycję Andrzeja Piechny, nie zwróciłem uwagi, kto zajął miejsce za Więckowskim i za mną. Dopiero 15 września na przedostatnim biegu Grand Prix Ciechanowa właściwie się poznaliśmy. Zdziwiło mnie, że ktoś mi nieznany, zajmuje miejsce za mną , wprawdzie nie zagrażając mi, ale wyprzedzając wyraźnie tych, którzy wydawali mi się o wiele groźniejsi. On powiedział mi, że wcześniej znał mnie z Internetu. Nazywa się Marek Dzięgielewski i trudno wprost uwierzyć w to co mówi: nigdy w życiu wcześniej nie biegał, zaczął od maja, przed bieganiem specjalnie nie uprawiał sportu , tylko jeździł konno, konia mu niestety ukradziono. Od kilku miesięcy bieganie więc stało się jego pasją, wokół swojego sadu wysypał 500 metrową żwirową ścieżkę i na niej trenuje. Ostatnio wciągnął do biegania żonę. Postępy robi niesamowite, zapewne spora w tym zasługa jego naturalnej budowy ciała. Sylwetką przypomina warszawskiego championa Darka Wieczorka, choć nie ma na swoim koncie 20 lat wyczynowego biegania, tak jak Darek. Markowi Dzięgielewskiemu sprzyja też płońskie środowisko, z mistrzem Polski w biegu na 100 km Piotrkiem Sękowskim i dość licznym gronem biegaczy amatorów w Ognisku TKKF "Ringo". Najlepsi w kategorii 40-49 lat w Biegu o Puchar Miasta Płońska 11.08.2002 r., pierwszy od prawej - Marek Dzięgielewski (foto M.Czarnecki)
Tuż przed startem w mistrzostwach w Ciechanowie zauważyłem, że Marek był bardzo podenerwowany. Wprawdzie uczestniczył już w lipcu w Golubiu Dobrzyniu w Mistrzostwach Polski Weteranów w Biegu Ulicznym, a dopiero w Ciechanowie widać było, że z braku rutyny bardzo odczuł psychiczną presję atmosfery imprezy rangi mistrzostw. Gdy się jednak jest mocnym, to zdobyta bez spodziewanego wysiłku na początku pozycja w czołówce, szybko pozwala odzyskać wiarę w siebie. Tak było i w przypadku Marka. Zaczął ostrożnie, przypadek sprawił, że obok Sylwestra Dąbrowskiego z Gostynina, który tryumfował w mistrzostwach zeszłorocznych. Sylwek z powodu kilkumiesięcznej kontuzji w tym roku nie mógł liczyć na pierwszą trójkę, ale dla Marka był początkowo dobrym partnerem. Próbowałem dołączyć do Marka i Sylwka, ale nie miałem sił. Był taki moment, że pomyślałem sobie, że tych sil brakuje już też Markowi, bowiem zwolnił i oglądał się za mną, (wcześniej nigdy ze mną nie wygrał, a tymczasem tu byłem wyraźnie za nim). Okazało się jednak, że to była u niego ostatnia chwila zwątpienia. Pewnie pomyślał: Szymon jest po prostu dziś słabszy ode mnie, a ja czuję, że mogę jeszcze raźnie przyspieszyć. Na najbliższym krótkim podbiegu zostawił Sylwka i kogoś kto już dość długo biegł obok niego. Na drugim okrążeniu zaczął przedzierać się do przodu i tyle go widziałem. Ostatecznie był piąty (szósty - uwzględniając wówczas jeszcze parę dni przed czterdziestką, zwycięzcę open - Stanisława Marca), z czasem - rekordem życiowym 37:04, z rekordem w sytuacji, gdy w Ciechanowie z powodu pięciokrotnie pokonywanego, bardzo wymagającego podbiegu, wszyscy biegają ok. 2-3 minuty wolniej niż na płaskim dystansie. Sadząc po rezultacie Marka to nawet przy lepszej pogodzie (było dżdżysto) i w najlepszej formie nie byłbym w stanie mu sprostać. Wprawdzie najlepszy mój ciechanowski czas to 36:58, to jednak przy mistrzostwach metę wyznaczono dalej i trzeba by szacunkowo dodać kilkanaście sekund. Jako ciekawostkę podam, jak wyglądały międzyczasy we wspomnianym moim rekordowym biegu, chyba dwa lata temu, a jak na mistrzostwach: - rekordowo: 7:08, 7:23, 7:25, 7:31, 7:21; - 26 października 2002: 7:11, 7:33, 7:41, 7:41, 7:41 (W sumie więc - 37 min.48s. Jakkolwiek czas trzech ostatnich okrążeń się powtarza, to ponieważ ostatnie było 100-150 metrów dłuższe, faktycznie na końcówce przyśpieszyłem; warto też dodać, że na wąskiej trasie sporo traciło się przy omijaniu licznych dublowanych zawodników.) Ostatecznie ze swoim czasem zająłem chyba 12 miejsce w klasyfikacji open, uwzględniającej udział Staszka Marca i Jacka Gardenera, którzy nie spełniali jednak warunku sklasyfikowania w mistrzostwa weteranów, tj. ukończenia czterdziestu lat do dnia zawodów. Na pewno wśród tych, którzy ukończyli czterdziestkę i więcej byłem dziewiąty, przede mną był jeden czterdziestopięciolatek (taka jest prawda). W oczekiwaniu na dekorację biegaczy
medalami i pucharami (foto Sz.Drabczyk) W Ciechanowie dane nam było długo czekać na ogłoszenie ostatecznych wyników i dekoracje. Już wykąpaliśmy się, zjedliśmy smaczny, pokaźny obiad, obejrzeliśmy imponujące popisy młodych ciechanowskich zawodników teakwondo, występ taneczny (w duecie) uzdolnionej sportowo i baletowo najmłodszej córki głównego organizatora Zenka Lewandowskiego - Karoliny ,a wciąż brak było bezbłędnych wyników, zawodził sekretariat. W końcu cierpliwość została nagrodzona i każdy dostał, jak to w Ciechanowie - nie banalny w plastycznej formie - medal zawodów, a najlepsi w mistrzostwach i poszczególnych kategoriach - puchary, nagrody rzeczowe; były też dyplomy. Oto skrótowo wyniki IX Mistrzostw Polski Weteranów: Kobiety, kategorie wiekowe: 35-39 lat: 1.Beata Dutkiewicz (czas 46:58) 2.Grażyna Olszewska 3.Ewa Kosmala 40-44: 1.Barbara Paczos (42:23) 2.Teresa Miotk 3. Dorota Chmiel 45-49: 1.Irena Kopeć (46:28) 2.Joanna Korwatka 3. Anna Karłowicz 50-54: 1.Marta Mikołajczyk 55-59: brak reprezentantek 60-64: brak reprezentantek 65-70: 1.Danuta Kondziołka 2.Irma Tomczak Pamiątkowy medal zawodów, awers i rewers (foto Z.Woźniak)
Mężczyźni: Kategoria 40-44: 1. Wojciech Więckowski (czas 34:35) 2.Paweł Małkowski(34:38) 3. Artur Smortyk(36:12) Wojtek na pierwszych dwóch kółkach próbował uciec kolegom z czołówki, później z tego zrezygnował. Na finiszu najszybszy z prowadzącej trójki był bosonogi Staszek Marzec, jednak jak już wspomniałem , nie spełniał jeszcze w tym dniu kryterium bycia "weteranem". Kategoria 45-49: 1.Mieczysław Majer 2 .Tadeusz Mika 3.Czesław Macała Tadeusz Mika to kolejny po Marku Dzięgielewskim przykład biegacza, który w tym roku zrobił trudne do uwierzenia postępy. Podobno po trzydziestu latach przerwy rozpoczął w wieku 48 lat bieganie w czerwcu, od tego czasu wychodzi cztery razy w tygodniu do Lasu Kabackiego w Warszawie i pokonuje trasę 10 km. Przy tym treningu we wrześniowym Maratonie Berlińskim uzyskał niewiarygodny czas 2 godziny 46 minut. Kategoria 50-54: 1.Waldemar Ćwikliński 2.Roman Reschke 3. Andrzej Zieniewicz Kategoria 55-59: 1.Jan Toborek 2.Henryk Krystosik 3. Jan Mierzejewski Kategoria 60-64: 1.Wiesław Olesiewicz 2.Kazimierz Leśniwski 3.Edward Staniszewski Kategoria 65-70: 1.Zbigniew Wiśniewski 2.Feliks Pokojski 3.Kazimierz Łopatka Kategoria 70-74: 1.Henryk Pade 2.Eugeniusz Malanowski Kategoria 75-80: 1.Jan Niedźwiecki Komplet rezultatów IX Mistrzostw w postaci Komunikatu końcowego. |