wyjście
Powrót na poprzednią stronę

Szymon Drabczyk donosi:

Czwórbój niepodległościowy
8-11 listopada 2002

Góra Kalwaria 8.11.2002


Ostatnio zdarza mi się pielgrzymować do Góry Kalwarii, typowego podwarszawskiego miasteczka raz w roku, w okolicach Święta Niepodległości. Tradycyjnie towarzyszy mi w tych peregrynacjach niezawodna koleżanka Irena Hulanicka. Tak miało być i w tym roku, w piątek, ósmego listopada, ale ja zawiodłem i spóźniłem się kilka minut na autobus, którym mieliśmy wspólnie jechać. Na kalwaryjski stadion dotarliśmy więc osobno. Przywitał nas ten sam przenikliwy ziąb, co rok temu i ten sam zapał gromadki dzieci, żeby pościgać się mimo wiatru i chłodu. Zgodnie z zeszłoroczną zapowiedzią, nie pojawiła się już tym razem armia zgniłozielonych dresów - wojsko przestało stacjonować w Górze Kalwarii.

Po blisko dwóch godzinach oczekiwania wreszcie nadeszła pora startu do biegu głównego. Nie było nas zbyt dużo - kilkunastu. Zjawił się niekwestionowany faworyt, zwycięzca zawodów sprzed roku - Patrycjusz Szwajnoch. To na pewno jeden z najzdolniejszych młodych biegaczy na Mazowszu. W 2002 roku zdobył w biegu na 800 metrów mistrzostwo Polski juniorów i brązowy medal na tym dystansie wśród seniorów na krajowych Lekkoatletycznych Mistrzostwach w Szczecinie. W ubiegłorocznym biegu w Górze Kalawarii nawet przez chwilę nie zagrozili jego pierwszej pozycji, przecież dobrzy zawodnicy - Robert Celiński i Jan Marchewka. Gdy teraz ich zabrakło, mógł być pewien, że wygra bez wysiłku. Wśród innych startujących mężczyzn znałem tylko Wieśka Nadolnego, kierowcę warszawskiego MZK, trenującego sumiennie pod okiem Janka Marchewki, ale - jak na razie - nie zagrażającego mi oraz Jarka Żurawskiego, który jest synem lekkoatletycznego sędziego, ojca, który bardzo chciałby, żeby Jarek zrobił sportową karierę. Do niedawna wyglądało to obiecująco, ale ostatnio młody organizm ucznia liceum daje oznaki przemęczenia. Widok Jarka, więc mnie nie przestraszył , liczyłem na to, że mam szanse z nim powalczyć, może i wygrać. Niewiadomą było kilku młodych chłopaków, chyba miejscowych ( zaświtała myśl, że może wśród nich wyrasta następca Jan Marchewka, kiedyś ucznia w Górze Kalwarii) oraz dryblas - trochę jak na biegacza zbyt masywnej postury, ale w markowym stroju i dobrych adidasach - który przepychał się na sam front na starcie. Zagadką była też trasa, bo wyznaczono ją inaczej niż poprzednio. Miała liczyć ok. 5 km, zaczynać i kończyć na stadionie. Irena Hulanicka , która wcześniej przespacerowała się jej początkiem, uprzedziła mnie, iż czeka nas piach, nie sądziłem jednak, że w tak wielu miejscach na całej trasie.

Prowadzenie od początku Patryka oczywiście nie było zaskoczeniem. Mnie, który byłem drugi, uciekł już na kilka metrów przy pierwszym odcinku piachu. Gdy obejrzałem się do tyłu, niespodzianką było dla mnie, że na trzeciej pozycji widzę Wieśka. Później okazało się, że przeszarżował, powodowany motywacją, że Góra Kalwaria to jego rodzinne strony, wystartował za szybko. Przypłacił ten zryw kryzysem, który przesunął go na dalsze miejsce. Pilnując drugiego miejsca coraz bardziej byłem zaniepokojony piachem pojawiającym się na trasie. Piaszczyste podłoże musiało sprzyjać lekkim zawodnikom, takim jak nastoletni Jarek. Ja przy swoich siedemdziesięciu paru kilogramach zapadałem się po kostki. Taka ocena sytuacji jednak mnie mobilizowała, skoro nie dałem się wyprzedzić na pierwszym odcinku piasku, to mam szansę. Wyszukiwałem twarde podłoże. Na zdarzających się również dłuższych odcinkach bez miękkich kolein starałem się maksymalnie powiększyć przewagę. Okazało się to skuteczne. Gdy wkraczałem na bieżnie stadionu, czułem, że już nikt mi nie zagrozi, nawet Jarek po swoich treningach finiszu średniodystansowca. Na mecie byłem 53 sekundy po zwycięzcy, ale 21 s przed Jarkiem. Ojciec Jarka, sędzia zawodów - wnosząc po minie - przywitał mnie na tym drugim miejscu niezbyt przyjaźnie, chociaż normalnie jestem z nim w dobrej komitywie.

Na podium najszybsi mężczyźni w Biegu Niepodległości w Górze Kalwarii, 8.11.2002: 1. Patrycjusz Szwajnoch 2. Szymon Drabczyk 3. Jarosław Żurawski (foto Sz. Drabczyk)

Przyjemny był moment dekoracji. Stałem na podium obok jednego z najlepszych średniodystansowców w Polsce, dostałem trzydziestopięciocentymetrowej wysokości puchar i nagrodę rzeczową. Na drugim miejscu na podium stanęła również Irena Hulanicka. Dała się wyprzedzić tylko młodziutkiej, ale bardzo utalentowanej Annie Lipce, reprezentantce LO z Wilanowa, ale trenującej już także w klubie, w Warszawiance.

Dekoracja kobiet w Biegu Niepodległości w Górze Kalwarii, 8.11.2002. Miejsce I Anna Lipka, II Irena Hulanicka III Weronika Machowska (foto Sz. Drabczyk)

Stanie obok Ireny na podium należy traktować jako wyróżnienie. Jeszcze bardzo niedawno Irena była nie do pobicia w Warszawie w gronie biegaczek amatorek. A kilkanaście lat temu należała do najlepszych maratonek uprawiających wyczynowo bieganie w Polsce i w Europie. W 1986 roku w Dębnie, z wynikiem 2 godz. 38 min była czwarta w Mistrzostwach Polski. W tym samym roku zajęła szóste miejsce w Maratonie Berlińskim. Dwa lata później najszybciej wśród kobiet przebiegła 42 km 195 m w Duisburgu (RFN). Biegać zaczęła na Syberii. Wyłowiona jako nieprzeciętny talent matematyczny studiowała w Nowosybirsku matematykę stosowaną. Dopiero pod koniec uniwersyteckiego studiowania zaczęła poważnie trenować (Syberia, więc czasem przy 30-stopniowym mrozie), na 3 km wyśrubowała swój czas na 9 min 17 s i uzyskała w ten sposób klasę mistrzowską. Największe sukcesy przyszły jednak dopiero w maratonie i to wtedy, gdy przeniosła się na stale do Polski. Dziś wykorzystuje zawodowo swoje umiejętności matematyczne m.in. jako autorka programów komputerowych, a sportowo z największymi sukcesami realizuje się w zawodach w biegach na orientacje: w 2002 roku została mistrzynią Polski weteranek w biegu długodystansowym zwanym "longiem"(w Sobótce), "klasyku" i w biegu skróconym zwanym "sprintem" (w Kościerzynie).

Korzystając z uprzejmości Wieśka Nadolnego, który zabrał nas swoim samochodem, zachmurzonym piątkowym popołudniem wróciliśmy z Ireną, z pucharami w garści, do Warszawy.



Las Śmieciński w Ciechanowie, 9.11.2002


Miałem wstać w tym roku po raz siódmy, czy ósmy nienormalnie dla mnie rano, żeby zdążyć pociągiem na 11-tą na zawody do Ciechanowa. Poprzednio były to rozgrywane raz w miesiącu biegi cyklu Grand Prix Ciechanowa, tym razem - III Ciechanowski Bieg Niepodległości (10 km). Gdy czyta się w nocy do w pół do trzeciej, to wstać w sobotę skoro świt nie jest łatwo. Właściwie pamiętałem (ostatnią taką wyprawę miałem 15 września), że żeby mieć z Warszawy połączenie kolejowe, muszę przerwać krótki sen już 20 min po szóstej, ale tej nocy mój organizm nie przyjął tego do wiadomości. Obudziłem się godzinę później, więc i wyruszyłem na Dworzec Gdański z godzinnym opóźnieniem, licząc chyba na to , że cały świat ulegnie mojej autosugestii, po prostu dopasuje się do mojej - przecież dającej się usprawiedliwić - zwłoki. A może w soboty pociągi jeżdżą częściej niż w niedziele, dzień rozgrywania Grand Prix. Wydawało się, że tak się dzieje: kupiłem bilet do Ciechanowa, stanąłem na tym peronie co zazwyczaj i na pociąg czekałem mniej więcej tyle co zawsze. Wsiadłem do prawie pustego wagonu i jadę. Kierunek prawidłowy - Nasielsk. Tam pociąg zatrzymuje się na około 20 minut i zwykle jedzie dalej do Ciechanowa. Pasażerowie z mojego wagonu wyszli, ale nie przejąłem się tym i zagłębiłem w lekturze V tomu "Lapidarium" Ryszarda Kapuścińskiego, którego nowe książki zachłannie czytam zaraz po ich ukazaniu. Zdziwiło mnie pojawienie się po kilku minutach kogoś w kolejarskim mundurze, kto zwrócił się do mnie z grzecznym pytaniem, gdzie chcę jechać, bo ten pociąg odjeżdża tylko na bocznicę. To mnie rozbudziło. Cudu nie było. Była już dziesiąta. Na dworcu dowiedziałem się, że pociąg do Ciechanowa będzie o 11-tej, czyli o umieszczonej w Kalendarzu Biegowym godzinie startu biegu. Należało działać. Wprawdzie z Nasielska do miasta nad Łydynią jest tylko 40 km, to - z racji połączenia kolejowego - autobusowe linie prawie nie kursują, zwłaszcza w sobotę. Mogłem liczyć tylko na autostop. Gdy nie bez problemów dotarłem do odpowiedniego rozwidlenia dróg, czekałem jeszcze chyba z 10 min zanim jeden z kierowców się zatrzymał, wprawdzie nie jechał do Ciechanowa, ale mógł mnie podwieźć do Nowego Miasta, a to już więcej niż jedna trzecia drogi. Postanowiłem docenić krajoznawczy walor nietypowego wariantu (dla mnie prekursorskiego) dojazdu do Ciechanowa. Niezwykły obiekt rzucił mi się w oczy jeszcze w granicach Nasielska: gigantyczny skansen z epoki Gierka, niedokończona ubojnia drobiu (wg informacji od kierowcy), strasząca dziś monumentalnymi betonowymi szkieletami hal, budynków mieszkalnych i biurowych. Ktoś mógłby pomyśleć, że to ofiara jakiegoś lokalnego "czarnobyla".

W Nowym Mieście znów mnie czekało, szczególnie mało atrakcyjne przy panującej marnej pogodzie, "stanie na okazji". Znów trwało kilka minut zanim na moje machanie ręką zatrzymał się mały osobowy samochód. Teoretycznie miałem jeszcze szansę zdążyć, zwłaszcza, że tradycyjnie w Ciechanowie start bywa 10-15 minut opóźniony. Moje zadowolenie z względnie szybkiego zatrzymania samochodu jadącego do Ciechanowa ostudziła uwaga kierowcy, że po drodze jeszcze gdzieś musi wstąpić. Okazało się, że to oznaczało 3-4-kilometrową wycieczkę w bok od bezpośredniej trasy. Cóż inaczej nigdy w życiu nie byłbym we wsi o wdzięcznej nazwie Karolinowo, a tak byłem. Mój kierowca wykazał zainteresowanie moim pośpiechem i od wspomnianego Karolinowa mknął już raźno, nie oszczędzając samochodu. Okazało się, że jest kierowcą tirów, wczoraj był w Krakowie, a teraz czeka go jeszcze droga do domu, kilkadziesiąt kilometrów za Ciechanów. Raz w miesiącu przewozi konie do Włoch. Gdy zaczęliśmy o tych przewozach rozmawiać, przyznał, że zwierzęta transportowane są w okropnych warunkach. - " Ktoś to musi robić" - tyle znalazł na usprawiedliwienie swojej roli. Chociaż jest dwudziestoparolatkiem już odczuwa wiele dolegliwości typowych dla jego starszych kolegów po fachu: bolący kręgosłup i szybko męczące się nogi. Powiedziałem, że w środowisku warszawskich biegaczy amatorów znam kilku kierowców zawodowych (Jan Kowalewski, Wiesław Nadolny, Krzysztof Dąbrowski), którzy uciekają od chorób biegając przed lub po, niekiedy podczas przerw, w "pracy za kółkiem", w soboty i niedziele uczestnicząc w sportowej rywalizacji. Nie dorobili się nadwagi, nie grozi im zanik mięśni nóg.

Rozmowa skróciła podróż. Gdy przekroczyliśmy granicę miasta Ciechanowa, w radio kończył się serwis informacyjny z godziny 11-tej - czyli było już pięć po. Kierowca poczuł solidarność ze mną i choć nie wypadało mu po drodze, ofiarował się, że mnie zawiezie na miejsce zawodów. Trwało jeszcze kilka minut , zanim wyskoczyłem z samochodu u podnóża pagórka z górującym nad całym miastem masztem przekaźnika radiowo-telewizyjnego, w środku Lasu Śmiecińskiego. Pobiegłem w stronę linii startu, chcąc się zorientować w sytuacji. Mój pośpiech okazał się niepotrzeby. O 11-tej wystartowały dzieci i na razie tylko najmłodsze. Bieg główny najwcześniej odbędzie się kwadrans przed 13-tą. Pozostało mi więc uznać walory poznawcze za jedyne zalety mojej nietypowej podróży do Ciechanowa.

Start do jednego z wiosennych biegów cyklu Grand Prix Ciechanowa 2002 (foto Zenon Lewandowski)

W Lesie Śmiecińskim, (pagórek, który porasta las nie jest - wbrew podejrzeniom - rekultywowanym wysypiskiem śmieci, nazwa pochodzi od pobliskiej wsi Śmiecin) panował niezwykły gwar, na zawody zjechały się bowiem reprezantacje kilku szkół, jedna nawet z odległej Brodnicy. Mniej niż można się było spodziewać, pojawiło biegaczy, z którymi rywalizowałem w Grand Prix Ciechanowa, a przecież w siedzibie ciechanowskiego TKKF po zakończeniu Biegu Niepodległości miało się odbyć spotkanie podsumowujące tegoroczną edycje cyklu Grand Prix, z wręczeniem nagród. O przewidzianej 12.45 wyruszyliśmy. Już na pierwszym okrążeniu sytuacja się wyklarowała, zgodnie zresztą z przedstartowymi rachubami. Zwycięzca sprzed roku Piotr Sękowski z Płońska, nadal aktualny mistrz Polski w biegu na 100 km, niezagrożony zmierzał i w tym wypadku jako pierwszy do mety, nie czekał na innego płońszczanina - Marka Dzięgielewskiego, który był drugi. Ja znalazłem się na trzeciej pozycji. Chociaż nie czułem za plecami bliskiego pościgu, to wcale nie byłem pewien, że "dowiozę" trzecie miejsce do mety. Już na rozgrzewce zorientowałem się, że w mięśniach są ślady po rywalizacji dzień wcześniej w Górze Kalwarii, obawiałem się więc, że zmęczenie da o sobie znać na dalszych okrążeniach. Postanowiłem bez oglądania się za siebie wytrwale gonić Marka, chociaż wiedziałem, że na wygranie z nim raczej nie mam szans: on po ciechanowskich Mistrzostwach Weteranów (26.10.2002) uwierzył w siebie, ja przekonałem się po nich, że w aktualnej formie ma nade mną przewagę ok. 1 minuty. Liczyłem, że zapamiętały, z wytrzymywaniem tempa, pościg za nim, zapewni mi bezpieczny dystans do rywali z tyłu. Najgroźniejszymi z nich byli: Waldemar Pędzich, który wprawdzie specjalizuje się w długich dystansach ( na 100 km w Kaliszu w 2001 r. zajął piąte miejsce z czasem 7 godz. 10 min), to przed rokiem - co prawda nie bez trudu - wygrał ze mną na 5 km w Górze Kalwarii; młody wiekiem Paweł Tymiński, trenujący pod okiem braci Piechnych, który imponuje szybkością oraz Mariusz Macugowski zwykle słabszy ode mnie, jednak mający na koncie jedną wygraną ze mną ( w I biegu Grand Prix Ciechanowa 2002). Wszystko skończyło się na strachu. W strugach deszczu, który rozpadał się na dobre, nie wyprzedzony, nie naciskany na finiszu, dotarłem na metę. Oto pierwsza piątka: 1. Piotr Sękowski, rocznik 1967, czas: 34:25; 2. Marek Dzięgielewski ,1962, 38:19; 3. Szymon Drabczyk, 1960, 38:51; 4. Waldemar Pędzich, 1961, 39:59; 5. Paweł Tymiński, 1983, 42:16. Adam Macugowski, rocznik 1975, ustępując jeszcze kilku sporo starszym biegaczom, był dopiero dwunasty. Przy dekoracji okazało się, że w biegu obowiązywały dwie kategorie i zgodnie z nimi nagradzano. Na podium znaleźli się więc w kategorii seniorów: Piotr Sękowski, Paweł Tymiński i Adam Macugowski, a w kategorii weteranów: Marek Dzięgielewski, ja i Waldemar Pędzich.

Marek Dzięgielewski, Szymon Drabczyk, Waldemar Pędzich - najlepsi zawodnicy powyżej 35 lat w Biegu Niepodległości w Ciechanowie,9.11.2002 ( foto Sz. Drabczyk)

Po dekoracji za Bieg Niepodległości czekało mnie i innych biegaczy jeszcze zakończenie XVII Grand Prix Ciechanowa. Wraz z głównym organizatorem, niestrudzonym, Zenkiem Lewandowskim, prezesem Klubu Biegacza "Promyk Ciechanów" przenieśliśmy się do położonej w centrum miasta skromnej siedziby Ogniska TKKF, przy którym działa biegowy klub. Niestety spotkanie nie miało już - jak w poprzednich latach - charakteru przyjacielskiego spotkania przy wspólnym stole, z degustacją ciast domowej roboty i rozmową o życiu i bieganiu.

Prezes Klubu Biegacza "Promyk" Zenon Lewandowski i przewodniczący TKKF w Ciechanowie Waldemar Podgórski wręczają wyróżnienia na zakończenie Grand Prix Ciechanowa 2002 (foto Sz. Drabczyk)

Zawiedli również najlepsi w klasyfikacji mężczyzn i kobiet w XVII Grand Prix, nie zjawili się, żeby odebrać puchary, dyplomy, nagrody. Nie było zwycięzcy w ogólnej klasyfikacji - Andrzeja Piechny (209 punktów na 210 możliwych), nie zjawiła się najlepsza wśród kobiet - Agnieszka Jasińska (68 punktów). Zabrakło drugiego - Włodzimierza Piechny (202 p.) i czwartego - Mirosława Wilkowskiego (189 p. ) oraz trzeciej, po Teresie Miotk (28 p.), kobiety - Elżbiety Suskiej (9 p.) Tak więc z pierwszej trójki wśród mężczyzn byłem tylko ja , z dorobkiem punktowym 197 punktów. To moja najwyższa lokata w dotychczasowych edycjach Grand Prix. Ku mojemu sporemu zaskoczeniu udało mi się nawet w dwóch biegach cyklu wyprzedzić (zapracowanego) Włodka Piechnę, który w poprzednich latach był zupełnie poza moim zasięgiem. Niespodziewanie łatwo (byłem przed nim w trzech imprezach pod rząd) wygrałem z Mirkiem Wilkowskim, którego w biegach we wcześniejszych sezonach zwyciężałem bardzo sporadycznie. Odebrałem również statuetkę za I miejsce w kategorii wiekowej.

Dzieci ze szkół podstawowych w Skrwilnie i Przywitowie z nauczycielem (zakończenie Grand Prix Ciechanowa) (foto Sz. Drabczyk)

Zdecydowanie najliczniej po zasłużone wynikami w Grand Prix 2002 wyróżnienia zjawili się uczniowie szkół ze Skrwilna i Przywitowa, którzy przyjeżdżali na zawody w Ciechanowie z odległości kilkudziesięciu kilometrów. Z pucharów i dyplomów były dumne dzieci oraz ich nauczyciele.



Park Moczydło na Woli w Warszawie 10.11.2002


Podobnie jak Bieg Niepodległości w Ciechanowie jest głównie dziełem organizatorów cyklu Grand Prix tego miasta, tak i Wolski Bieg Niepodległości zorganizuje TKKF "Koło" odpowiedzialne za Grand Prix Woli. Pewne podobieństwo można też odnaleźć między profilami tras. W obu przypadkach, zarówno w Lesie Śmiecińskim, jaki i w Parku Moczydło na warszawskiej Woli najcięższym fragmentem każdego okrążenia jest podbieg; w Warszawie o długości tylko kilku metrów, ale bardziej stromy niż w Ciechanowie. Na Woli kółka są krótsze, przy wybranym w przypadku Biegu Niepodległości dystansie 5 km - cztery. (Kiedyś zmyliło mnie to boleśnie w Ciechanowie, gdzie finiszowałem już po czwartym okrążeniu, zapominając po dłuższej przerwie w ciechanowskich startach, że tam na 10 km biega się ich pięć.)

Po przyjeździe na Moczydło w niedzielę 10 listopada zorientowałem się, że na start nie zgłosili się żelazni uczestnicy wolskich biegów, regularnie lepsi ode mnie: Jacek Gardener, Sebastian Oziemski i Tomasz Ściborek. Widocznie wybrali odpoczynek przed poniedziałkowym tradycyjnym biegiem na trasie Plac Zamkowy - Wilanów. W mojej głowie zaświtała zuchwała myśl: po piątkowym drugim miejscu w Górze Kalwarii, po trzeciej lokacie w sobotę w Ciechanowie brakuje mi do kompletu zwycięstwa. Jednak samą zuchwałością nie realizuje się takich planów, potrzeba jeszcze sił i łutu szczęścia. Już na starcie, gdybym się dobrze rozejrzał, musiałbym się pożegnać z myślą o tryumfie , bo dostrzegłbym Jarosława Bienieckiego, studenta SGH w Warszawie, który należy do najlepszych średniodystansowców nie tylko w środowisku akademickim. Zaniepokoić powinno mnie również pojawienie się kilku młodych zawodników sekcji lekkoatletycznych Warszawianki i Legii (w roli trenera przybył Darek Wieczorek), którzy po zakończeniu sezonu biegania na tartanie, przyjechali startem na dystansie 5 km urozmaicić sobie jesienny trening wytrzymałościowy.

Początek biegu był spokojny, nawet myślałem, żeby poprowadzić, ale ostatecznie dałem pierwszeństwo młodszym, niech pokażą swoją szybkość, zanim ja pokaże swoją wytrzymałość. Pierwszy (wówczas nie wiedziałem, że to Jarek Bieniecki) niestety odskoczył do przodu dość zdecydowanie i o rywalizacji z nim mogłem zapomnieć. Pozostałych dwóch z czołówki miałem właściwie w zasięgu, chociaż na początku drugiego okrążenia moja strata do nich chwilami dochodziła do 15-20 metrów, na jednym z pierwszych z podbiegów wyprzedził mnie ponadto dwudziestolatek z końskim ogonem blond włosów - Bartosz Gadziomski, z którym zwykle ,gdy się zjawi na zawodach, toczymy zacięte boje, raz on jest górą, raz ja, zarówno jeśli chodzi o końcowy wynik, jak i walkę na trasie. I tym razem nie zamierzałem mu odpuścić, wyprzedzenie Bartka stało się moim celem nr 1. Ponieważ jego pierwszym celem było mi uciec , obaj nie zauważyliśmy, że dwójka przed nami słabnie i wyraźnie zbliżyliśmy się do niej. Moja determinacja odniosła skutek i w połowie ostatniego okrążenia wysunąłem się nieodwołalnie przed Bartka. Niespodziewanie, właściwie na wydłużeniu przyspieszenia rozstrzygającego moją rywalizację z nim, wyprzedziłem dotychczas trzeciego, dziewiętnastoletniego zawodnika Warszawianki Pawła Strachotę, z którego ojcem dość regularnie biegam w soboty i niedziele po Królewskich Łazienkach, czasami i on się do tych treningów dołącza. W klubie Paweł biega dopiero drugi rok, zaczynał u Jana Marchewki w Legii, teraz ćwiczy pod okiem Marka Jakubowskiego w Warszawiance, robi postępy, może się pochwalić tegorocznym najlepszym wynikiem - 2 min 34 s na 1 km . Jednak jest dopiero na drodze do poprawienia wyników swojego ojca - Tomasza Strachoty sprzed z górą dwudziestu laty: 3 min 47 s na 1,5 km oraz 1 min 52 s na 800 m. Tomek był kiedyś zawodnikiem warszawskiej Spójni (gdzie spotykał biegającego Tomasza Hopfera) oraz krakowskiego Wawelu w czasie służby zasadniczej w wojsku. Jego największy sukces to brązowy medal w Mistrzostwach Polski Juniorów w biegu na 1500 m w 1980 r. Od wielu lat Tomek biega już tylko dla siebie, nie uczestnicząc w zawodach, ewentualne wyczynowe uprawianie sportu pozostawił synowi. Tomek żywo interesuje się treningiem i dokonaniami Pawła, dowiedziałem się, że kilka tygodni temu za niespodziewaną przegraną Pawła ze mną, syn dostał reprymendę: trenującemu w klubie nie wypada przegrywać z leciwym amatorem.

Dekoracja w Biegu Niepodległości na Woli w Warszawie, 10.11.2002, kategoria 40-49 lat. Kolejność na podium: Szymon Drabczyk, Jacek Nowocień, Kazimierz Grundas (foto Szymon Drabczyk)

Tymczasem po wyprzedzeniu Pawła na około 300 metrów przed metą zrównałem się z dotychczas drugim zawodnikiem, podobnie młodym jak Paweł, reprezentantem Legii - Michałem Księżakowskim. Już biegłem z nim ze 100 metrów ramie w ramię, gdy na poboczu ujawnił się trener Michała - Darek Wieczorek. Niestety z dopingiem Darka przegrałem. Michał słysząc głos Darka wykrzesał ostatnie siły i wyprzedził mnie na 2-3 metry. Do mety było już tylko 50 metrów i zajęty rozgrywką z Michałem nie byłem już przygotowany na atak z tyłu, a tu widocznie Paweł przypomniał sobie reprymendę ojca i zabójczym finiszem zabrał mi trzecie miejsce sprzed nosa. Nasze czasy: Michał - 16:43, Paweł - 16:44, ja - 16:45. Za nami zjawił się Bartosz Gadziomski - 17:07. Bartek tłumaczył się później, że czuł się przed startem obolały po "trenowaniu upadków" poprzedniego dnia, dobrze że dodał wyjaśniając co nieco, iż zajmuje się tzw. dżigitówką, czyli rodzajem popisów kaskaderskich, polegających na kontrolowanych upadkach z konia, z różnymi akrobatycznymi figurami w locie i na ziemi.


Bartek ze swoim psem w akcji (foto B.Gadziomski)

Przed Biegiem Niepodległości na Woli Bartek dał się poznać jeszcze z innej strony. Za sprawą poprzedzającego bieg pokazu okazało się, że z grupą entuzjastów jest prekursorem w Polsce canicrossu, czyli biegania na uwięzi za psem. Psy to albo przedstawiciele znanej z saneczkowych zaprzęgów rasy: syberyjski husky lub mieszańce charto-wyżły o nazwie grester. Bartek mówił mi, że sam przebiegł niedawno z takim psem 6 km pokonując każdy kilometr w czasie poniżej 3 minut, czyli o wiele wiele szybciej, niż gdyby biegł samotnie. Na tegorocznych Mistrzostwach Świata we Włoszech, w Rawennie, gdzie Bartek zajął ósme miejsce wśród seniorów, tryumfator przebiegł 3 km w czasie 6 min 33 s. Takie prędkości mogą imponować, zapewne canicross to też dobry trening dla konwencjonalnych biegaczy. Jeśli ktoś jest zainteresowany tym nowym w Polsce rodzajem sportu, to może otrzymać od Bartka bliższe informacje, pisząc pod adresem e-mailowym: cani_crosser@wp.pl

Swoją drogą ciekawe, czy taki pies - jak koń - może ponieść, a dokładnie pociągnąć na złamanie karku ?

Ostateczne wyniki biegu



Plac Zamkowy - Wilanów, 11.11.2002


W poniedziałek pogoda dopisała, zwłaszcza jak na listopadową porę. Można było nawet myśleć o biciu rekordów życiowych, chociaż mi, po trzech dniach zawodów, wcale nie było to w głowie, a zwłaszcza w nogach. Chciałem pobiec na przyzwoitym poziomie. Niestety w tym roku, co zresztą potwierdziło się zaraz po starcie, mogłem tylko pomarzyć o wspólnym pokonywaniu trasy z Małgosią Jamróz. Małgosia w tym roku biega wyraźnie szybciej ode mnie i mogłem oglądać tylko jej plecy.

Już przed startem było wiadomo, że obsada XIV Biegu Niepodległości, jeśli chodzi o czołówkę będzie wyjątkowo mocna, a jeśli chodzi o ogólną ilość uczestników - rekordowa. W obu przypadkach była to przede wszystkim zasługa Piotra Bielińskiego i jego żony Anny, niegdyś czołowych biegaczy ( i dziś wśród amatorów też całkiem niezłych ), którzy zaangażowali się w całą sprawę sami oraz wciągnęli firmę komputerową Action Notebook, w której zajmują czołowe pozycje w zarządzie. Wsparli w ten sposób innowacyjnością i finansami tradycyjnego organizatora - Warszawski Ośrodek Sportu i Rekreacji. Dzięki osobistym kontaktom Piotra i Anny, popartym pewnie jakimiś konkretnymi zachętami, do Warszawy zjechali w składzie jak nigdy, najlepsi biegacze w Polsce: medaliści mistrzostw Polski, reprezentanci Polski , w tym na olimpiadzie i mistrzostwach świata, zwycięzcy liczących się biegów ulicznych za granicą. Słowem po raz pierwszy udało się w Warszawie to co rokrocznie zdarza się w Gdańsku na Biegu św. Dominika. Piotr i Anna pomyśleli też o "zającu" , placemakerze, którym zgodził się zostać warszawianin Jakub Wiśniewski, wyróżniający się przeszkodowiec.

Na podium zwycięzca XIV Biegu Niepodległości Plac Zamkowy - Wilanów, 11.11.2002: Krzysztof Przybyła wraz zawodnikami, którzy zajęli drugie i trzecie miejsce - Adamem Dobrzyńskim i Janem Białkiem. Na pierwszym planie Piotr Bieliński, biegacz i prezes firmy Action, jeden z głównych organizatorów biegu.(foto Sz. Drabczyk)

W przypadku frekwencji też odegrała istotną rolę mobilizacja pracowników firmy Action z całego kraju, w wyniku której 300 osób ją reprezentujących wzięło udział w biegu. Dzięki temu liczba uczestników, którzy ukończyli zawody, wyniosła 855, czyli rekord dotychczasowych edycji Biegu Niepodległości.

Gratulacje odbierają najszybsze panie w XIV Biegu Niepodległości Plac Zamkowy - Wilanów, 11.11.2002: miejsce I Aniela Nikiel II Izabela Zatorska III Małgorzata Jamróz (foto Sz. Drabczyk)

Przy sprzyjającej pogodzie, ale i za sprawę dobrze wywiązującego się ze swojego zadania Jakuba Wiśniewskiego (każdy z czterech pierwszych kilometrów poprowadził w czasie poniżej 3 minut), pobito rekord trasy (11,2 km).

Ostateczne wyniki biegu

Jak widać, zająłem 24 miejsce, z czasem o 42 s gorszym niż przed rokiem, znów tuż za Małgosią Jamróz, ale z większą czasową stratą (wówczas tylko 4 s). Mimo wszystko byłem zadowolony; przede wszystkim ze skutecznej walki na trasie z moimi bezpośrednimi rywalami. Nie dawałem się wyprzedzić i dogoniłem kilka osób, które wysforowały się przede mnie. Na ostatnich dwustu metrach jeszcze pokonałem ambitnym finiszem o dwadzieścia lat młodszego zawodnika AZS Uniwersytetu Warszawskiego, co też się liczy. Cieszy mnie również, że XIV Bieg Niepodległości w tym roku zaczął przypominać imprezę, która nie przynosi wstydu stołeczności Warszawy.
Opracowanie: Szymon Drabczyk
Zdjęcia: Zenon Lewandowski, Szymon Drabczyk, Bartosz Gadziomski