|
Powrót na poprzednią stronę |
Szymon Drabczyk donosi:
|
|
XXIII Półmaraton w Wiązownie – rekord życiowy |
|
Jeszcze trzy starty w biegu w Wiązownie i będę miał już ich w sumie zaliczonych
dziesięć. Jak się okazuje to jedna z tych imprez, której jestem najbardziej
wierny. Chyba głównym powodem jest przekonanie, że przebiegnięcie półmaratonu w
zawodach na początku marca tworzy najlepszą wytrzymałościową podbudowę pod sezon
intensywnych, szybkościowych moich startów na krótszych dystansach 5-10 km,
który zaczyna się w drugiej połowie kwietnia. Z założenia Wiązowny nie
traktowałem jako samoistną prestiżową imprezę, ale tylko jako ważny element
przedsezonowych przygotowań.
Na podstawie spisów wyników, które mam w domu, historia mojego udziału w półmaratonie wiązowskim, przed startem w niedzielę 2 marca 2003 r., wyglądała następująco: 1996 r. – 71 miejsce generalnie, w kategorii wiekowej 20, czas 1:29:54 1997 r. - 59 miejsce generalnie, w kategorii ?, czas 1:21:59 1998 r. - 61 miejsce generalnie, 21 w kategorii, czas 1:21:10 1999 r. - 53 miejsce generalnie, w kategorii ?, czas 1:23:33 2000 r. – 38 miejsce generalnie, w kategorii 5, czas 1:19:20 2001 r. – nie startowałem; we Frankfurcie nad Menem (03.03.02) uzyskałem 1:18:45 2002 r. – 31 miejsce generalnie, w kategorii 8, czas 1:19:10 W kalejdoskopie wspomnień z Wiązowny zachowałem pamięć o zdarzającej się tam okropnej pogodzie, z silnym wiatrem, zadymką śnieżną, lodem na asfalcie, a czasami wiosennym deszczem ze śniegiem. Z Wiązowną kojarzy mi się też głos Bogdana Tuszyńskiego, którym zagrzewał on tam wyjątkowo biegaczy, a nie ukochanych kolarzy, twarz Anny Merkielis dyrektorki biegu, bardzo reprezentacyjnej brunetki oraz czarny warkoczyk wystający za kołnierz garnituru jednego z włodarzy gminy. Pamiętam również wielką torbę przypraw, którą obdarowywano kiedyś każdego uczestnika zawodów. Z edycji z ubiegłego roku pozostał rozczarowujący obraz lotniska w Góraszce, które mijało się po trasie, miejsca corocznych pokazów lotniczych. To lotnisko to raczej duża łąka, niż coś z prawdziwego zdarzenia. Jeśli chodzi o sportową rywalizację, to z reguły w Wiązownie „rywalizowałem” z najszybszymi kobietami, moje tempo odpowiadało zwykle tej, która na metę dobiegała na trzecim miejscu. Z takim bagażem w głowie wyruszałem wczesnym rankiem pociągiem w pierwszą niedzielę marca 2003 roku do Otwocka, z ładnie odrestaurowanym budynkiem dworca, żeby następnie tam przesiąść się do podstawionego busa, który zawiózł mnie i kilku kolegów do Wiązowny. Wśród tych kolegów był Tadeusz Mika, w wieku juniorskim (krótkotrwała) rewelacja narciarstwa biegowego, dziś czterdziestodziewięciolatek, który w zeszłym roku po trzydziestoletniej przerwie powrócił do biegania, ale już bez nart. Bieg w Wiązownie przed rokiem to pierwszy jego udział w zawodach biegowych (1h 45 min) , później przyszły fantastyczne postępy - po treningu cztery razy w tygodniu po 10 km w Lesie Kabackim – przebiegł Maraton Berliński w czasie 2:46. Gdy zaczęliśmy rozmawiać, Tadeusz przytaczając mój styczniowy wynik z biegu na 15 km na warszawskiej Chomiczówce – 52: 52, prorokował mi życzliwie rezultat w okolicach 1 godz. 15 min. Odebrałem to jako żart, ja optymistycznie liczyłem na 1h 19 min. Ponieważ w Wiązownie kategorie liczone są co 10 lat, więc z Tadeuszem znaleźliśmy się w tej samej M-40. Przewidywałem, że może być wymagającym rywalem na trasie. Przed biegiem przywitałem się jeszcze z innym konkurentem w tej samej kategorii - Sylwestrem Dąbrowskim z Gostynina, nawet przy jego słabszej formie byłem bez szans, bo Sylwek to klasowy zawodnik, ma w swoim dorobku zwycięstwo w kategorii czterdziestolatków w Maratonie Berlińskim, z wynikiem 2h 30min. Dla mnie to wynik niewyobrażalny. Już w tłumie tłoczącym się na linii startu, zauważyłem dodatkowo Piotra Uciechowskiego. Ten też, mogłem z góry powiedzieć, był poza moim zasięgiem. Na Chomiczówce straciłem do niego ponad dwie i pół minuty. O Piotrze imponującą notkę informacyjną przeczytałem w styczniowym numerze „Joggingu”(1/2003): biegał już na 5 kontynentach, trzykrotnie wygrał maraton w Reykjaviku (Islandia), jego rekord życiowy na 100 km to 6 godz. 55 min 24 s. W tym roku warunki atmosferyczny były pomyślne, temperatura około zera stopni, raczej słaby wiatr, asfalt wolny od śniegu, lodu. Zagadką była nowa trasa, po raz pierwszy poprowadzono ją zupełnie poza ruchliwą drogą lubelską, przez małe miejscowości na wschód od Wiązowny. Szybko okazało się, że zmianę można było tylko pochwalić, asfaltowy dywanik był w miarę równy, bez wybojów, ruchu samochodowego prawie nie było, minimalne wzniesienia nie sprawiały trudności. W osadach ludzie wychodzili, żeby dopingować biegaczy. Niektóre wsie umieściły powitalne transparenty. Trasa została dokładnie, wiarygodnie oznaczona, dzięki czemu nie było problemów z odnotowywaniem międzyczasów. Licząc się z tym, że to jest półmaraton, czyli rzadko biegany przeze mnie i długi jak na mnie dystans oraz przewidując, że walka o podium kategorii M-40 będzie się toczyć bez mojego udziału, postanowiłem zacząć spokojnie. Stosunkowo liczna grupa ruszyła dużo szybciej ode mnie, ale mogłem podejrzewać, że sporo jest w niej biegaczy na pięć kilometrów, których po 2,5 km czeka nawrót. Tadeusz Mika był dziesięć metrów przede mną i chyba pierwsza kobieta biegła obok mnie. Oceniłem, że to dobra pozycja wyjściowa. Pierwszy kilometr pokonałem w czasie 3 min 36 s., a na nawrocie piątki miałem 9 min 1 s. Nabierałem animuszu, dołączyłem się do grupki, w której biegł Tadeusz i starałem się ją zachęcić do wzmocnienia tempa. Jak się okazało pierwsza połówka całego dystansu wypadła pod wiatr , w zespole łatwiej przychodziło mu stawić czoło. Przyznam, że nie wyrywałem się do prowadzania, choć to lubię, rozsądek podpowiadał podążanie równym, ekonomicznym krokiem za pierwszym szeregiem. Nasza machina po pięciu kilometrach ( mój czas – 18:10), dość nieoczekiwanie dla mnie , wchłonęła biegnącego początkowo daleko przed nami, bardzo dobrze mi znanego od lat Waldemara Majewskiego (rocznik 1967) z Wyszogrodu. Do tej pory jeszcze nigdy nie udało mi się z nim wygrać. W zeszłym sezonie, gdy uskarżał się na trapiące go bóle kręgosłupa, zbliżałem się do niego podczas kilku zawodów nawet na wyciagnięcie ręki, ale zawsze się wtedy mobilizował i udowadniał, że mnie to nie da się jeszcze pokonać, on zawodnik do niedawna o klasę lepszy. Gdy go mijałem tym razem we Wiązownie też myślałem, że historia się powtórzy i Waldek mi nie odpuści. Jednak tak się nie stało, Waldek szybko odpadł od naszej grupki, która zresztą wkrótce potem się rozsypała. Trasa zaczęła lekko falować, jeden ze zbiegów wykorzystałem, żeby dołączyć się do chłopaka, który wcześniej spróbował nam uciec na kilka metrów. We dwójkę zaczęliśmy podkręcać tempo, co przyniosło oczekiwany efekt – nasza dziesięciometrowa przewaga nad kolejnymi biegaczami zaczęła się stabilizować. Na dziesiątym kilometrze odnotowałem czas – 36:24. Z przeciwnej strony zobaczyliśmy czołówkę biegu, która nawrót miała już poza sobą. Prowadziła dość wyraźnie dwójka, w której rozpoznałem Sławomira Kąpińskiego. W grupce na pozycjach z końca pierwszej dziesiątki rozpoznałem Piotra Uciechowskiego (łatwo go wyłowić z racji jego słusznego wzrostu) oraz Sylwestra Dąbrowskiego. Nawrót umożliwił zorientowanie się w szansach pogoni za mną tych, których znałem i uważałem za najgroźniejszych rywali. Tadeusz miał już kilkanaście metrów straty, mówił mi później, że przed półmetkiem chwycił go ból nogi i dalej biegł już tylko dzięki wielkiemu wysiłkowi woli. Trudno było uwierzyć, ale Darek Wędrowski ze Szczytna miał spora stratę do mnie. Waldka nie zauważyłem. Mirosław Wilkowski z Ostrołęki, nie miał już raczej nadziei na skuteczny pościg za mną. Wiedziałem, że najpewniejszą gwarancją utrzymania mej przewagi jest zgodna współpraca z moim już przed nawrotem pozyskanym partnerem, który wydawał się być mocnym zawodnikiem, który może nadawać odpowiednie tempo. Warunki po nawrocie uznałem za bardzo sprzyjające. Wiatr wiał w plecy, mogłem swobodnie wydłużyć krok i czerpać korzyści z dobrego odbycia na równym asfalcie. Mojemu partnerowi dotrzymywałem kroku bez większego problemu przez dobre trzy kilometry, widać było, że i on doceniał mój wkład w utrzymywanie dystansu w stosunku do tych, którzy nas gonili. Jak się potem dowiedziałem, nazywa się Artur Kawecki (rocznik 1970) i reprezentuje KS Śnieżkę-Verge z Karpacza. Chyba był trochę zaskoczony jak wielu zawodników, którzy dopiero zmierzali do nawrotu, mnie pozdrawiało, dopingowało. Było ich co najmniej kilkudziesięciu. Paweł Zach , który widocznie udział w tym półmaratonie potraktował zabawowo, nawet zatrzymał się, żeby zrobić mi zdjęcie. Okrzyki pozdrowień, informacje o aktualnym moim miejscu (siedemnastym) mnie mobilizowały, nie zawsze miałem siły je odwzajemniać. Gdzieś na trzy i pół kilometra po nawrocie naszą dwójkę dopadł Darek Wędrowski i próbował nas szybko zostawić z tyłu. Ze mną to się mu udało, ale Artur ze swoimi najlepszymi wynikami – w maratonie 2 h 28 min, w półmaratonie – 1h 9 min, nawet w swoim słabszym dniu (kłopoty żołądkowe) najwyraźniej postanowił, że nie da się już nikomu wyprzedzić. Nowoutworzona para, zaciekle walcząca ze sobą wyprzedziła mnie na kilka metrów. Teraz moim celem stało się niedopuszczenie, żeby ten dystans się raptownie powiększał. Udawało się. Nawet przemknęła mi przez głowę myśl: gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta, ale to była mrzonka. Artur uciekł Darkowi, który jednak ciągle nie dawał za wygraną i dogonienie nawet Darka stało się nierealne. Niepostrzeżenie byliśmy już z powrotem w Wiązownie. Na dwudziestym kilometrze stoper pokazał – 1h 12 min 44 s. Jeszcze tylko 1 095 metrów. Wkrótce już był widoczny transparent mety. Nie czułem na plecach pogoni, więc nie żyłowałem się maksymalnie. Sprawa zajętego miejsca była już rozstrzygnięta. Na mecie byłem ostatecznie osiemnasty, uzyskując czas 1 h 16 min 40 s. Rekord życiowy w wieku 42 lat - to cieszy! (Gwoli znalezienia właściwych proporcji w ocenie mojego wyniku, trzeba powiedzieć, że poprzednie moje rezultaty, najlepszy – 1 h18 min 45 s, na dystansie 21, 1 km nie były zbyt wyśrubowane, bo uzyskiwałem je zwykle w warunkach zimowych lub po słabym przygotowaniu. W tym roku pogoda sprzyjała i procentowała systematyczność normalnego treningu.) To, że był to udany dla mnie występ, potwierdziło – ku memu jednak zaskoczeniu – zdobycie przez mnie trzeciej lokaty w kategorii wiekowej. Przede mną byli: Piotr Uciechowski, dziewiąty w open, czas – 1:14:31 i Sylwester Dąbrowski, czternasty w open, czas – 1:15:03. Po raz pierwszy w Wiązownie nie wyprzedziła mnie żadna kobieta. Najszybsza, Barbara Twardochleb miała czas – 1:18:20, druga Barbara Paczos – 1:29:56, a trzecia Marta Mikołajczyk – 1:30:25. W klasyfikacji generalnej mężczyzn pierwsza trójka to: Bartosz Mazerski, czas – 1:06:30, Sławomir Kąpiński – 1:06:35, Zbigniew Nadolski – 1:06:46. Pełne wyniku XXIII Półmaratonu Wiązowskiego pod adresem internetowym: Polskiego Stowarzyszenia Biegów. Ogólną wysoką ocenę imprezy obniża nieco chaos, który wkradł się przy uroczystości dekoracji. Mimo to Wiązowna da się lubić. |