wyjście
Powrót na poprzednią stronę

Szymon Drabczyk donosi:

Jak zwyciężyłem w Ciechanowie - 14.03.2004

Od kilku ładnych lat jeżdżę na zawody biegowe do Ciechanowa, ale nigdy nie udało mi się tam wygrać biegu w kategorii open. 14 marca 2004 udało się. Pierwszy przekroczyłem (przykrytą lodem) linię mety trzeciego biegu (10 km) z cyklu XIX Grand Prix Ciechanowa. Uzyskałem czas 39 min 14 s. Zważywszy na długie odcinki trasy pokryte lodem, śliski, błotnisty podbieg pod górę, nie ma chyba czego się wstydzić.
W Ciechanowie zawsze czasy są gorsze o dwie, trzy minuty od tych na płaskim terenie. Tydzień wcześniej w Lesie Kabackim na inauguracje Grand Prix Warszawy, na zbliżonym dystansie miałem – 37:06. To fakt, że głównym reżyserem mojego ciechanowskiego sukcesu była grypa, która zmogła i wykluczyła w tym dniu z rywalizacji, zawsze szybszych od mnie - Marka Dzięgielewskiego z Płońska i Andrzeja Piechnę z Ciechanowa, ale przecież tak to już czasami jest, że zbieg okoliczności decyduje, a nie racjonalna kalkulacja. Mało brakowało, że i ja nie przyjechałbym na zawodach 14 marca, bo według pierwszej wersji planu studiów na mojej uczelni miałem w tym dniu w Warszawie prowadzić zajęcia ze studentami zaocznymi. Poza tym nieobecność dwóch murowanych faworytów nie gwarantowała mi automatycznie zwycięstwa.

Na starcie najbardziej obawiałem się drugiego z braci Piechnów - Włodka, który biegowym talentem bije mnie na głowę i tylko z racji przepracowania, braku czasu na trening, ostatnio w Ciechanowie dawał mi się wyprzedzać, co zresztą przyjmowałem za każdym razem z niedowierzaniem. Włodek latem w dobrej formie pokonuje ciechanowską trasę w 35 minut, mnie chyba tylko raz udało się zejść poniżej 37 minut. Bałem się, że nawet przy słabszej formie Włodek zdoła się zmobilizować i dodatkowo motywowany chęcią zastąpienia brata w odbieraniu rywalom punktów, pokaże na co go stać jako "rasowego biegacza".

Oprócz niego zagrożeniem mógł okazać się Remigiusz Fąderski, rocznik 1969, nowa twarz w Klubie Biegacza TKKF Promyk Ciechanów. Przez wiele lat grał w piłkę nożną, od niedawna wziął się za bieganie, z takim skutkiem, że już na jesieni 2003 zaczął mi deptać po piętach. Następnie bardzo solidnie przepracował zimę (z wielkim samozaparciem pokonywał pagórkowaty teren warszawskiego bródnowskiego lasu) i nabrał apetytu na pokonanie mnie. W inaugurującym XIX Grand Prix Ciechanowa styczniowym biegu, jeszcze nie dałem mu się zjeść, zabrakło mu 17 s. Jednak 15 lutego już wygrał ze mną z przewagą 1 min. 17 s. Bardzo się tym nie przejąłem, bo dzień wcześniej, w sobotę, biegałem na zawodach w Stoczku Łukowskim i wyraźnie dlatego zabrakło mi sił. Wyniki Półmaratonu Wiązowskiego z 29 lutego, mój czas 1:20:00, Remka - 1:20:12, potwierdziły, że Remek stał się bardzo groźny, ale nie nie do pokonania przy mojej dobrej dyspozycji.

W niedzielę 14 marca czułem, że forma zwyżkuje. Półmaraton w Wiązownie wzmocnił moją wytrzymałość, a lekkie podkręcanie tempa na treningach poprawiło szybkość. W Ciechanowie spotkało mnie rozczarowanie stanem trasy, cześć położona niżej była całkowicie oblodzona, na górce wprawdzie nie było w zasadzie lodu, ale za to zdarzało się błoto. Ja miałem ochotę ostro się pościgać, a tu trzeba było uważać pod nogi i z tego powodu zwalniać.

Ze startu jednak tradycyjnie ruszyłem żwawo. Zdarza mi się dość często w Ciechanowie, że prowadzę całe pierwsze (z wszystkich pięciu) okrążeń i dopiero na drugim jestem wyprzedzany przez lepszych. Wtedy zwykle mam jednak pewną przewagę nad pozostałymi, tymi, którzy dla mnie mogliby być zagrożeniem. Myślałem, że Włodek Piechna pójdzie zaraz za mną, a może i od razu mnie wyprzedzi, tak jak było w styczniu, kiedy początkowo szybko poszedł do przodu wraz bratem. Wówczas po dwóch kółkach osłabł. Liczyłem na to, że scenariusz może się powtórzyć. Jednak nie było dokładnej powtórki. Wprawdzie na pierwszym podbiegu pod górkę miałem Włodka tuż za plecami, to po kilkuset metrach dalej, wyczułem, że traci już do mnie dystans. Miałem więc podstawy, żeby zacząć myśleć, że mogę w tym dniu wygrać. Ale to było dopiero drugie 500 metrów od linii startu. Mogłem nie wytrzymać tempa (ostatnio w Kabatach drugą połowę przebiegłem kilkadziesiąt sekund wolniej niż pierwszą). Chyba jeszcze bardziej prawdopodobne było niefortunne poślizgnięcie się. Przedsmak tego, co może się stać było mi dane poznać na stromym zbiegu z góry. W pewnym momencie prawa noga trafiła na błoto i zamiast odbicia był mały poślizg. Trochę mściło się to, że z braku czasu nie przebiegłem rozpoznawczo jednego całego kółka przed startem. W tej sytuacji pierwsze okrążenie musiało być rekonesansem. Mój czas pierwszego okrążenia to 7 min 30 s. Prowadziłem i nie czułem żadnego oddechu na plecach. Tak trzymać - mobilizowałem się. Taktykę miałem prostą: w miarę możliwości utrzymywać dość wysokie tempo, nie szafując siłami; skoro nie jestem bezpośrednio naciskany, to biec uważnie, żeby przez upadek nie stracić całej przewagi.

W Ciechanowie zawsze cieszę się z pokonania trzeciego okrążenia, bo to oznacza, że do mety już bliżej niż dalej, że jeszcze tylko dwa mordercze podbiegi. Dochodzi do tego doświadczenie, że zwykle potrafię przyspieszyć na ostatnim kółku, a wtedy szanse na doścignięcie mnie przez rywali maleją. Sprawdziło się i tym razem. Ostatnią pętlę pobiegłem o 6 sekund szybciej od poprzedniej i niezagrożony, stawiając ostrożnie stopy na litym lodzie, pierwszy pokonałem linie mety. 21 sekund później pojawił się Remigiusz Fląderski, trzeci był Włodzimierz Piechna aż z odstępem 2 minut 14 sekund od mnie.

W ten sposób pierwszy raz w życiu zwyciężyłem w Ciechanowie!!!

Opracowanie: Szymon Drabczyk
Foto: Paulina Kapusta