Kiedyś odwiedzając Muzeum Ziemi w Warszawie dowiedziałem się, że na Kurpiach, przez które dawno temu wiódł szlak bursztynowy znano wiele nazw na określenie rodzajów tej kopalnej żywicy; to tak jak Eskimosi rozróżniają mnóstwo odmian śniegu, który nam z grubsza wydaje się taki sam.
W całej różnorodności zawodów biegowych w Polsce mamy jeden Bieg Bursztynowy, organizuje go w Gdyni–Orłowie Lekkoatletyczny Klub Sportowy „Zorza”. W tym roku (2004 r.) po raz trzeci.
Dowiedziałem się o tych zawodach z Internetu myśląc o połączeniu kilkudniowego wakacyjnego pobytu w Trójmieście ze startem w imprezie biegowej. Informacja w Internecie głosiła, że bieg będzie imprezą towarzyszącą Rodzinnemu Piknikowi Rybackiemu (z eliminacjami do Mistrzostw Świata w Zbieraniu Bursztynu) oraz otwarciu Młodzieżowych Mistrzostw Świata w Żeglarstwie Regatowym, co obiecywało dodatkowe atrakcje.
Do Trójmiasta wyruszyłem 9 lipca pociągiem z Warszawy, z którego wysiadłem przed godziną 15-tą na dworcu Gdańsk-Wrzeszcz. Już w czasie jazdy z niepokojem obserwowałem pogarszającą się pogodę: im bliżej Gdańska, tym gorzej. Na dworcu we Wrzeszczu przywitała mnie potężna ściana deszczu, która skutecznie zniechęciła mnie do próby dotarcia do przystanku autobusowego przed dworcem. Postanowiłem przeczekać ulewę w przydworcowym barze, w którym – jak przekonałem się już kiedyś – można dobrze zjeść. Dobrze zjeść, ale czy powinienem jeść, jeśli czekał mnie udział w biegu. Teraz wiem, że nie, ale tamtego dnia nieopatrznie skusiłem się na zapiekankę. Liczyłem na zapiekankę takich rozmiarów, jakie przeciętnie sprzedaje się w Warszawie. Jednak ta we Wrzeszczu okazała się gigantem: to było pół dużej, szerokiej bułki paryskiej. Po podróży byłem trochę głodny, a zapiekanka smaczna, więc zjadłem wszystko. Nie dałem nawet kawałka dworcowemu kloszardowi, który się go dopominał. Gdy po pierwszej odmowie zreflektowałem się i chciałem mu go dać, kloszard był już na zewnątrz, za drzwiami baru. Okazało się później, że za grzechy obżarstwa i braku miłosierdzia przyszło mi odpokutować.
Po 15-tej lało tak długo i intensywnie, że pojawiła się w mojej głowie obawa, że impreza zostanie odwołana. Na szczęście około 17-tej niebo zaczęło się przecierać i gdy jechałem do Orłowa pociągiem trójmiejskiej SKM-ki nadzieja, że nie jadę na darmo w mnie rosła. W Orłowie, willowym, ale nie nowobogackim, przedmieściu Gdyni, gdzie mieszka m.in. florecistka Sylwia Gruchała, kurorcie z pięknymi plażami i ładnym, zadbanym molem, już zupełnie nie padało. Opuszczając stację kolejową zacząłem się spieszyć, do planowanego rozpoczęcia biegu głównego miałem jeszcze wg
Internetu około 45 minut, ale dokładnie nie wiedziałem, ile czasu zajmie mi dotarcie na start. Mój pośpiech, który przybrał formę właściwie biegowej rozgrzewki – jak się dowiedziałem już w miejscu zapisów – był zbawienny. Ze względu na marną pogodę wprawdzie nie odwołano głównego biegu, ale chciano przyspieszyć jego rozpoczęcie o pół godziny. Dopiero moje przybycie tuż przed osiemnastą, zrewidowało ten zamysł i dano mi parę minut na błyskawiczne przebranie się. Pod drzewem dojrzałem znajome buty zamykane stalową spiralą, to znaczyło, że nie jestem jedynym przybyszem z Warszawy, gdzieś w pobliżu musiał być Piotr Żukowski, który jako miejsce zamieszkania podaje warszawski Dworzec Centralny PKP, a którego znają w całej Polsce, bo należy do największych biegowych krajowych bywalców; tylko jeśli chodzi o maratony, to zaliczył ich w 2003 roku aż 15. Jego rekord życiowy wynosi
3 godz. 29 min., w tym roku chce go poprawić w Maratonie Warszawskim. Jakoś tak się stało, że Piotrka zobaczyłem dopiero na mecie, widocznie na start, po rozgrzewce, przybiegł w ostatniej chwili.
Wystartowało około trzydziestki biegaczy, w tym dużo jak na polską przeciętną pań. One miały przebiec jedno okrążenie, a my jeszcze dwa więcej. Trasę skrócono, z początkowo planowanych 10 km do około 7. Dopiero w trakcie biegu zrozumiałem, jak fortunną była ta decyzja. Najpierw poczułem w brzuchu ciężar – niestrawionej nawet po trzech godzinach - zapiekanki, a zaraz potem trud wspinania się (trzeba przyznać, że w urokliwej leśnej scenerii) prawie na szczyt Kępy Redłowskiej – 50 metrów nad poziom pobliskiego morza. Po wspinaniu wprawdzie przychodził zbieg, ale m.in. wąwozem, który jeszcze przed godziną był piaszczystym korytem rwącego potoku deszczówki.
No cóż pozostało mi godnie przetrwać. Los mi sprzyjał. Wprawdzie o rywalizacji z prowadzącą dwójką nie miałem co marzyć, to trzecie miejsce wydawało się całkiem realne. Chociaż biegłem znacznie poniżej swoich normalnych możliwości, to mimo wszystko sporo szybciej od innych rywali. Jednak z dużą ulgą znalazłem się na mecie.
Nigdy więcej zapiekanek w dniu biegu!
Trudna trasa sprawiła, że długo trwało oczekiwanie na wszystkich biegaczy. Piotrek Żukowski był jednym z tych, którzy zamykali stawkę. Myliłby się jednak ten, który myślałby, że kończył on bieg ostatkiem sił. Parę minut po przebiegnięciu linii mety, oświadczył mi ni mniej ni więcej, że trzy okrążenia dla niego to za mało i sam zrobi dodatkowo jeszcze dwa.-
A co mi tam – usłyszałem z jego ust, gdy ruszał dalej. Ta twardość pozostała chyba Piotrkowi z dawnego, sześcioletniego trenowania karate kyokushinka (osiągnął drugie kyo), kiedy należał do najbardziej zapamiętałych w przerabianiu morderczych ćwiczeń. Nazajutrz po biegu w Gdyni-Orłowie Piotrek wybierał się na
33-kilometrowy bieg wokół jeziora Narwie na Mazurach.
Na imprezie w Gdynie-Orłowie dane było mi spotkać jednak jeszcze większego twardziela – Andrzeja Magiera, czterokrotnego mistrza Polski w biegu na 100 km (Kalisz), piątego zawodnika Mistrzostw Świata na tym dystansie w Hokkaido (1994 r.). Andrzej na szczęście (z punktu widzenia moich szans na III miejsce) nie startował w Biegu Bursztynowym, tylko - jako członek-założyciel LAKS „Zorza” – go organizował. Przy okazji wywiadu po zawodach powiedział, że jeszcze przed nim w tym dniu (a zapadał już wieczór) trening. Na swojej stronie
internetowej pisze, że potrafi podczas jednej sesji treningowej przebiec do końca i z powrotem cały Półwysep Helski, w sumie bagatela – 68 km. W planach Andrzeja były prestiżowe zawody we wrześniu w Holandii.
 |
 |
Jadąc do Orłowa zupełnie się nie spodziewałem zdobycia większych trofeów, tymczasem dwa razy stawałem na podium: pierwszy raz jako trzeci w kategorii open, za młodym, utalentowanym Robertem Sadowskim i zawodnikiem z rocznika 1964 Piotrem Żebrowskim (był trzeci w kat.40-45 w XXI Biegu Chomiczówki, z czasem 53:27) oraz drugi raz przy nagradzaniu 40-latków. Otrzymałem ładny pucharek i dwa medale oraz drobne upominki.

Wśród kobiet najszybsze były: siostry Klaudia i Agnieszka Ellward oraz Grażyna Witt.
Po zakończeniu dekoracji nagrodzonych w III Biegu Bursztynowym pojawił się na estradzie obiecujący zespół pop-owy „Łyczacza”. Po jego występie amatorzy teatralnego relaksu mogli jeszcze się udać do położonej po drugiej stronie wejścia na molo Sceny Letniej gdyńskiego Teatru Miejskiego im. W. Gombrowicza. Tego wieczora w niezwykłej plażowej przestrzennej aranżacji można było obejrzeć przedstawienie „Niespodziewany koniec lata” według niezapomnianego Kabaretu Starszych Panów. Przyznam się, że choć lubię teatr, tym razem ograniczyłem się do innej, nie tak duchowej strawy, na koniec pobytu w Gdyni-Orłowie zjadłem w przymolowym barze standardową bałtycką smażoną rybkę. Była tak samo dobra i duża jak zapiekanka we Wrzeszczu, ale miała tę wielką przewagę, że jadłem ją już po biegu.