
Powrót na poprzednią stronę
|
Korespondencja z Niemiec (III)
"Trzeci w Friedberg"
W nazwie miejscowości Friedberg, mieście położonym czterdzieści minut
jazdy kolejką podmiejską na północ od Frankfurtu nad Menem, jest
słowo "Berg", po niemiecku "góra". Natomiast pierwszy człon nazwy - jeśli
dobrze interpretuję- pochodzi od "Frieden", co oznacza "pokój", a również
"spokój".
Zapewne wielu, którzy przybyli tu pobiegać w niedzielę 18 marca
2001 roku, pomyśleli sobie po zawodach "trzeba było sobie dać spokój z tą
górą". W kalendarzu imprez biegowych na ten rok w Hesji (niemieckiego landu, w
granicach którego leży miasto) informacja brzmiała niewinnie: bieg
wokół Winterstein ("Zimowej Skały").
Tylko ci, którzy byli tu w poprzednich latach i ci, którzy gdzieś zdobyli
ulotkę organizatorów z profilem
trzydziestokilometrowej trasy wiedzieli wstępnie co ich może
spotkać. Opublikowany wykres przypominał kształtem górę o kilku
wierzchołkach, ze szczytem wyznaczającym punkt: 471 metrów nad poziom
morza, co porównując do punktu startu dawało 321 metrów różnicy wzniesień.
I przy tym dystans 30 km.
Organizatorzy uwzględnili jednak i mniej zuchwałych, proponując jeszcze
dystanse 10 i 5 km. Ten ostatni z góry z myślą o dzieciach i biegających na
co dzień sporadycznie lub wcale. Tym razem ja wykazałem respekt wobec oferowanego
ekstremalnego wysiłku i zgłosiłem się do biegu na 10 km.
Do Friedberg dotarłem pół godziny przed startem, więc nie zorientowałem się
dokładnie we wszystkim. Dowiedziałem się, że start jest w innym miejscu niż meta, ale
oba miejsca względnie niedaleko od siebie, poza tym trasa to jedna runda.
Na start mojego biegu stawiło się ponad 200 osób. Ustawiłem się w pierwszej linii i
po strzale startera starałem się rozpoznać moich najgroźniejszych rywali. Jak się
okazało czołówka ustawiła się już na pierwszych metrach. Blondyn, na oko, kilkanaście
lat młodszy ode mnie, zorientowawszy się, że nikt nie zamierza go wyprzedzać, postanowił
śmiało pójść do przodu poganiając młodego chłopaka
na rowerze i czerwonej koszulce, który podjął się roli pilota. Za blondynem
podążył już w bardziej zbliżonym do mnie wieku biegacz, mocniej zbudowany
od pierwszego widać było, że będzie zmierzał do celu równym, krótkim,
sprężystym krokiem. Ja znalazłem się na trzeciej pozycji. Starałem się nie
tracić dystansu do tych przede mną, licząc na to, że ci za mną (zresztą
których nie czułem zbyt blisko) nie wytrzymają tego ostrego początkowego
tempa. Warunki mi sprzyjały, pod wzlędnie nowymi butami miałem idealnie
równą trelinkę a później asfalt. Przy moim dość siłowym bieganiu podłoże
i buty dawały dobre odbicie.
Z kilometra na kilometr trasa pięła się coraz
bardziej w górę. Z broszury wiedziałem, że w przypadku dziesięciu kilometrów
różnica wzniesień wynosi "tylko 125 m". Nogi jednak i pokonywanie tej
różnicy zaczęły odczuwać. Zacząłem tracić dystans do pierwszej dwójki, przy
czym zauważyłem, że trzydziestolatek wyraźnie dogania dwudziestolatka.
Gdzieś od trzeciego kilometra widziałem, że już biegną razem, tuż za -
wzmagającym się również z trudami trasy prowadzącej stromo w górę -
kolarzem-pilotem. Niestety w miarę wspinaczki coraz częściej traciłem
czołową dwójkę z oczu. Zaczęło to budzić mój niepokój, bo im bardziej
oddalaliśmy się od startu, tym mniej było osób wskazujących drogę. Na trasie
pojawili się jacyś biegnący w przeciwnym kierunku zawodnicy to mógł być
sygnał, że grozi mi pomylenie trasy. Przyśpieszyłem w nadziei, że w ten
sposób znów zobaczę na jakimś dluższym odcinku prostej drogi czerwoną
koszulkę pilota. Niby mi coś mignęło na moment z przodu, ale zupełnej
pewności nie zyskałem. Na rozstaju dróg napotkałem punkt z napojami,
chyba jednak nie urządzony z myślą o nas tylko o uczestnikach "trzydziestki".
Wskazano mi drogę, ale znów nie byłem pewien, że nie jest to droga tylko
dla uczestników trzydziestki.
Po czterech kilometrach trasa biegła już lasem,
ale nadal po równym asfalcie. Pojawiły się siodła terenowe, podobne do tych z
moich tras treningowych. Ufny w swoje doświadczenie ruszyłem większym
pędem. Wkrótce ujrzałem nadjeżdżającego w moją stronę pilota, którego wcześniej
straciłem z oczu. Oznaczało to albo, że jest niedaleko nawrót (o
istnieniu którego nikt mi wcześniej nie powiedział) albo skróciłem sobie
nieświadomie trasę i dlatego znów spotykam prowadzących. Na szczęście
pierwszy wariant okazał się prawdziwy. Wkrótce zaliczyłem nawrót. Znów
nabrałem pewności. Nad dwoma zawodnikami, którzy mnie gonili miałem pewnie
około dwustumetrową przewagę. Gdy się mijaliśmy z przeciwnych kierunków
przybrałem minę niezmęczonego, żeby ich nie zachęcić do pogoni. Specjalnie
zresztą nie musiałem udawać, bo poprzednia niepewność co do trasy sprzyjała
zachowaniu rezerwy na wypadek, gdyby wypadło gdzieś zawrócić ze źle
obranej drogi.
Druga połowa trasy poza względnie krótkimi odcinkami
prowadziła już z góry. Wydłużyłem krok i starałem się biec swobodnie.
Spotykałem coraz więcej zmierzających w stronę półmetka. Wielu mnie
dopingowało, klaskało. W miarę możliwości odwzajemniałem się im,
dziękowałem. Oni dopiero pięli się w stronę szczytu, ja miałem już z
górki. Na uliczkach miasta czołówka znów zniknęła mi z oczu. Wprawdzie
częściej już można było kogoś zapytać o potwierdzenie kierunku, niepewność
jednakże znów się pojawiła. Meta jest gdzie indziej niż start, czy na samym
końcu się nie pomylę i głupio nie stracę już właściwie pewnego tak cennego
dla mnie trzeciego miejsca. Zobaczyłem napis dwa kilometry do mety.
Wyrównałem krok, to przecież niedaleko. Pojawiła się znajoma
trelinka. Prowadziła przez pole długo nie widziałem kibiców, sygnału, że
meta już blisko. W końcu się pojawiła grupka, ale napis meta dostrzegłem dopiero
z jakichś osiemdziesięciu metrów, wcześniejszy widok, jak się okazało
przysłaniał ziemny wał.
Usłyszałem trochę zniekształcone moje nazwisko. Spiker potwierdzał ukończenie
przeze mnie biegu. Byłem trzeci. Przy zbieganiu z góry
powiększyłem jeszcze swoją przewagę. Następnie pojawili się po upływie
dobrych kilkudziesięciu sekund. Nie byłem specjalnie zmęczony. Na pewno przy
większej walce z rywalami i większej pewności co do przebiegu trasy mój czas mógł być,
nawet przy tych górskich warunkach o wiele lepszy, ale nie czas był dla mnie
tym razem najważniejszy.
Po półtorej godzinie wywieszono oficjalne wyniki. Pół godziny później odbyło się
wręczenie wyróżnień. Nie było podium. Najpierw poproszono zwycięzców biegu w kategorii
mężczyzn i kobiet. Później najlepsze trzy osoby w poszczególnych kategoriach wiekowych.
Doczekałem się wywołania mojego nazwiska. Dostałem tak jak wszyscy wyróżnieni dyplom, który w moim
przypadku potwierdzał trzecie miejsce w klasyfikacji ogólnej i pierwsze w
kategorii wiekowej 40-45 lat. Za zwycięstwo w kategorii otrzymałem
statuetkę: na pionowo ustawionej płytce z granatowego sztucznego marmuru
błyszczał medal z sylwetką biegacza, a na minicokoliku zauważyłem
tabliczkę z napisem za co otrzymuje się tę nagrodę. W ten sposób zdobyłem pierwsze trofea sportowe
podczas swojego pobytu w Niemczech. Statuetkę ustawiłem na półce. Znalazłoby się
jeszcze tam trochę miejsca. Ale czy będzie jeszcze okazja, starczy umiejętności i dopisze szczęście?
Z kronikarskiego obowiązku jeszcze wyniki dwóch najważniejszych biegów w Friedberg:
30 km:
Kobiety:
1. Giesela Nebe 2:21:36
2. Carmen Hesse 2:23:27
3. Jutta Knopp 2:24:51
Mężczyźni:
1. Juergen Wagner 1:49:41
2. Urlich Ambern 1:51:20
3. Uwe Reinke 1:52:13
10 km:
Kobiety:
1. Senja Reiser 39:16
2. Nora Glasemann 43:07
3. Regina Paul-Schaefer 44:13
Mężczyźni:
1. Philipp Buetner 32:50 (rocznik 1975)
2. Thomas Weber 33:49 (1969)
3. Szymon Drabczyk 35:54 (1960)
Nadał Szymon Drabczyk z Friedberg (marzec 2001)
|