Szymon Drabczyk donosi z Niemiec:
wyjście
Powrót na poprzednią stronę

Korespondencja z Niemiec (IV)
        Bajeczny bieg - drugie miejsce

W Niemczech utrwaliła się w ostatnich latach tradycja, że dzieci na Wielkanoc otrzymują prezenty podobnie jak na Boże Narodzenie. Kiedyś dzieci zadawalały się słodyczami, które odnajdywały w koszyczku (ukrytym przez rodziców) w ogrodzie, dziś pod wpływem handlowej reklamy czekają na nich w Wielkanoc duże torby. W znajomej księgarni już od miesiąca cała witrynę wypełniają książki dla dzieci. Wśród nich w najróżniejszych wersjach, wyborach, wydaniach - Baśnie Braci Grimm. Mówi się, że to najbardziej, najszerzej znane na świecie dzieło literatury niemieckiej. Którz bowiem nie zna bajki "Królewna śnieżka i krasnoludki", "Stoliczku nakryj się", "O rybaku i rybce". Oczywiście miasto urodzin autorów, leżące niedaleko Frankfurtu nad Menem - Hanau nie mogło przegapić okazji, żeby nie promować się odwołując się do sławy wielkich synów grodu (biografie ich informują, że spędzili tu zaledwie kilka pierwszych lat życia, zanim opuścili miejsce urodzin na zawsze). Na tytułowej stronie internetowej Hanau (www.hanau.de) mamy zdjęcie wspólnego pomnika Jakuba (1785-1863) i Wilhelma (1786-1859) Grimów, który od 1896 roku stoi na głównym placu - Neustädter Markt. Od 1989 roku kopia tego odlewu znajduje się również na wyspie Hokkaido w Japonii, bo jak się okazuje mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni zachwycili się w kulturze europejskiej na równi z niemieckimi baśniami i muzyką Chopina.

W kontekście podkreślanych związków braci Grimm z Hanau nic więc dziwnego, że odbywające się od pięciu lat w tym mieście zawody biegowe nazywają się "Bajkowy Bieg" ("Maerchenlauf"). Z roku na rok jest coraz więcej uczestników. Dla dzieci, dla których wytyczono specjalną 3,5 kilometrową trasę, jest to odpowiednik naszych polskich biegów mikołajkowych. Każdy maluch otrzymuje (uczestnicy innych biegów również) na mecie płócienną (ekologia) torbę z batonikiem i napojami w środku. Tylko wśród dzieci nagradzani są najlepsi w kilku kategoriach wiekowych.

Ale nie tylko dzieciaków obejmuje oferta organizatorów, bowiem starsi mają do wyboru cztery możliwości : bieg lub chód na 5 km albo na dystansie 9 740 m.

Ja wybrałem najdłuższy bieg. Start był wspólny dla wszystkich. Obok bardzo licznie zgłoszonych dzieci pojawiło się około 250 chętnych do pokonania dłuższych dystansów, w tym 150 wybrało bieg na najdłuższej trasie. Pogoda była bajeczna. Wiosenne słońce, słaby wiatr. Od razu znalazłem się w czołówce, a po dwustu metrach byłem po prostu pierwszy. Nie zdarza mi się to często, a tu dzięki wspólnemu startowi mogło wygladać to całkiem imponująco. Prowadziłem cały ogromny peleton. Podejrzewałem, że ktoś wkrótce obudzi mnie z tego snu, ale postanowiłem wykorzystać szansę i uciekałem do przodu. Wiedziałem, że mam zwykle dobry start i nim często zyskuję w stosunku do tych teoretycznie lepszych, którzy później "przechodzą na wyższe obroty". Mocny konkurent dołączył do mnie po pierwszym kilometrze. Dowiedziałem się, że on też biegnie na 10 km i też pierwszy raz po tej trasie. We dwójkę poczuliśmy się pewniej (pilot na rowerze, który na początku był z przodu, gdzieś zniknął) i równo pomknęliśmy do przodu, szybko orientując się, że co kilkadziesiąt metrów na drzewach (trasa prowadziła przez park zdrojowy Wilhelmsbad, sąsiedni las plus asfaltowe drogi dojazdowe do pobliskiej autostrady) umieszczono strzałki z czerwonym kółkiem oznaczającym nasz dystans i na każdym zakręcie stoi ktoś, żeby odpowiednio wcześnie pokazać dalszą drogę. O pomyleniu trasy nie było więc mowy. Po trzech kilometrach okazało się, że jestem za słabym partnerem dla mojego bezpośredniego rywala. Zacząłem tracić do niego dystans. Zacząłem się zastanawiać, co będzie dalej. Myślałem o obronie tej swojej doskonałej drugiej pozycji. Taka okazja może się łatwo nie powtórzyć. Moim atutem była uzyskana spora przewaga na pierwszych kilometrach oraz świadomość, że jestem w niezłej formie (tydzień wcześniej przebiegłem na zawodach 10 km w czasie 34 min.59 s.), doświadczenie mówiło, że raczej nie powinienem wiele osłabnąć w drugiej części dystansu. Jednak były okoliczności, które podważały moją pewność co do tego mojego ostatniego twierdzenia. W sobotę po południu, dzień przed zawodami, mało chyba rozsądnie, ale czego nie robi się z solidarności z kolegami, w ramach darmstadzkich biegowych spotkań, przebiegłem - wprawdzie nie forsując się - około 19 km po lesie. Jakby tego było mało, w niedzielę, dzień startu, rano dodałem jeszcze czterokilometrowy spacer na dworzec kolejowy w Darmstadt (nawet można to uznać za wskazaną rozgrzewkę) i raczej niespodziewanie, już zupełnie niepotrzebnie - kolejne cztery kilometry ze stacji kolejowej w Hanau na miejsce startu. Na mapie wyglądało to mi znacznie bliżej.

Przebiegłem juz szósty kilometr i czułem, że siły mnie na razie nie opuszczają. Nie odczuwałem, żeby ktoś był blisko za mną. Na jednym z zakrętów mogłem się zorientować, że mam taką przewagę nad trzecim, że ją mogę "dowieść" do mety. Psychicznie podbudowywał mnie charakter trasy, która okazała się wbrew temu, co mówili mi wcześniej koledzy z Darmstadt, technicznie nie taka łatwa. Kilka calkiem sporych wzniesień, w tym sztucznych - dwa ślimaki dojazdów do autostrad oraz względnie dużo błota. Z górkami i błotem oswoiłem się już podczas treningów w Darmstadt, więc nie robiły na mnie wrażenia, zwiększały nawet wiarę we własne siły i końcowy sukces. Z kilometra na kilometr był on bliższy. Na półtora kilometra przed metą - wypiętrzenie kładki nad autostradą, raczej wiedziałem, że jak je umiejętnie pokonam, to już nic mi nie zagrozi na drodze do mety. Na trasie zrobiło się tylko trochę ciaśniej, bo znów trasy 5 i 9,7 km łączyły się i wolniej biegnący, często grupowo, zawodnicy z dystansu 5 km często zajmowali całą szerokość leśnej przesieki. Po skręcie w ostatni zakręt było już tylko dwieście metrów do mety. Zdobyłem się na finisz. Drugie miejsce zostało obronione. Na elektronicznym zegarze nad linią mety mogłem zobaczyć swój czas: 34:28. Trzeci zawodnik przybiegł 15 sekund po mnie. Na rywalizację z pierwszym - Juergenem Zehnderem (rocznik 1974) nie miałem szans. Jego czas to 32:36, a jak się dowiedziałem z późniejszej rozmowy, na 10 km ma rekord życiowy poniżej 30 min., we Frankfurckim Półmaratonie w marcu, w którym ja też uczestniczyłem, był czwarty z czasem 1:11:34.

Wręczenie nagród odbyło się w pełnym słońcu niedzielnego południa. Otrzymałem dyplom (wyjątkowo na tym biegu bezpłatnie każdy otrzymywał w takiej formie potwierdzenie swojego wyniku) i bon w kopercie. Okazało się - na trzydzieści marek. Cieszyłbym się z niego bardziej, gdybym mógł go zrealizować w sklepie sportowym w Darmstadt, a zdaje się, że nie będzie to możliwe i wtedy koszty ewentualnej podróży do sklepu mogą dorównać wysokości nominału. Ale z drugiego miejsca w generalnej klasyfikacji cieszę się już bez zastrzeżeń.

Wśród kobiet na drugim miejscu znalazła się dwudziestolatka, Polka Agata Ościsłowska, która podała jako swój macierzysty klub MOS Wrocław. Niestety nie zjawiła się na wręczeniu nagród, przynajmniej do czasu kiedy ja tam byłem i nie miałem okazji jej poznać.

W internecie można zobaczyć zdjęcia ze startu biegu (www. md-lauf97.de/ergebnis_217.htm).

Przesyłam z Darmstadt serdeczne życzenia Wielkanocne

Nadał Szymon Drabczyk (kwiecień 2001)