Szymon Drabczyk donosi z Niemiec:
wyjście
Powrót na poprzednią stronę

Korespondencja z Niemiec (V)
        Cztery starty - krótkie meldunki

Na szczycie Feldbergu

W pierwszą powielkanocną niedzielę zdobywałem wraz z innymi (dobiegło 459 osób) Feldberg w Oberursel (870m n.p.m., najwyższa górka w pobliżu Frankfurtu/M). Trasa liczyła 10100 m. Różnica między poziomem startu i mety 585 m. Na przestrzeni całego dystansu około 3 km było płaskich, nawet z górki, gdzie można było odpocząć/nadrobić, ale poza tym dość ostro w górę. Na 7-8 kilometrze pojawił się śnieg, a 500 metrów do mety trzeba się było wspinać już po zamarzniętym śniegu i prawie pionowo w góre. Jak się później okazało, trzeci w mojej kategorii wiekowej, wyprzedził mnie akurat na ostatnich 100 metrach. W ogólnej klasyfikacji znalazłem się na 16. miejscu, z czasem 47:27, najlepszy miał 42:28, najlepsza 54:29, a ostatni uczestnik 1:28:47. Chyba dla docenienia wysiłku tym razem, nie jak zwykle trzy pierwsze osoby w kategorii, ale sześć było nagradzanych dyplomami, więc i ja też dostałem.

Zawody otwarcia sezonu na stadionie lekkoatletycznym w Darmstadt

Dla urozmaicenia dotychczasowego biegania po lesie i w biegach ulicznych postanowiłem spróbować swoich sił na bieżni. Okazja sie nadarzyła. Darmstadzki klub sportowy ASC wyznaczył na popołudnie, czwartek 26 kwietnia, tradycyjną imprezę - zawody otwarcia sezonu, połączone z mistrzostwami dwóch sąsiednich powiatów.
Start mi się udał. Byłem trzeci na 5 km, z czasem 16:51. Konkurencja jak z tego widać nie była najmocniejsza. Na drugim kółku zacząłem prowadzić i - dobrze wcześniej rozgrzany - wyrwałem mocno do przodu.
Chyba zaskoczyłem tym byłego profesjonalistę (2:15 w maratonie, obecnie 45-latka, który jako rozgrzewkę, zaaplikował sobie pół godziny wcześniej udział w biegu na 3 km), bo mijając mnie na 5-6 okrążeniu skarcił mnie słownie, a następnie rosnącym w oczach dystansem do niego udowadniał, kto rządził w tym biegu. Wygrał ostatecznie z przewagą 200-300 m. Niestety na dwa okrążenia przed meta dopadł mnie drugi biegacz, który być może - przy innej mojej taktyce - był w moim zasięgu, ale mnie zabraklo już sił na skuteczne odparcie ataku i z dziesięciosekundową przewagą on zjawił się na mecie przede mną.
Dość niepewnie czułem się przed tym biegiem. Obawiałem się, że zjawią się wyczynowi sportowcy i mogę być ostatni w stawce. Cztery dni wcześniej biegałem wyczerpujący bieg górski. Wprawdzie robiłem wszystko, żeby się szybko zregenerować: staranne rozbieganie po niedzielnych zawodach, długie i dokładne prysznice, duże ilości wypitych soków, wystarczająca ilość snu i wreszcie wysmarowanie nóg odpowiednikiem ben gaya na noc przed startem - to jednak mogło nie wystarczyć. Nie miałem też kolcy, a po tartanowej bieżni biegałem chyba ostatnio w czerwcu 2000. Dość nieoczekiwanie miałem na stadionie własnych kibiców, przyjechało dwóch (był i trzeci, ale ponieważ się z nim wcześniej posprzeczałem to chyba mi nie sprzyjał) ze wspólnego biegania na Lichtwiese, a dodatkowo dopingował mnie jeszcze dobry tutejszy biegacz, który zdecydowanie wygrał ze mną w Hanau. On sam, jak sporo innych wyczynowców i pół-wyczynowców, nie zdecydował się na start, bo w najblizszą niedzielę czekały go w pobliskim mieście mistrzostwa landu na 10 km na ulicy. Ja tam nie mogłem biegać, bo trzeba było być zgłoszonym przez klub.
W moim biegu brały udział również kobiety i jedna z nich - Alexandra Petri, uzyskała minimum na niemieckie mistrzostwa w lekkiej atletyce - mimimum jest 17:12, ona pobiegla 17:05, może i ja się jej trochę przysłużyłem (choć miała też bezpośrednio wspomagającego biegacza) nadaniem dość szybkiego tempa już na początku. Gdy jej gratulowałem, podziękowała i mnie.

Na 1. Maja - drugi

W świateczny wtorek 1-ego maja wybrałem się do podfrankfurckiej miejscowości Nieder-Erlenbach. Na pierwszym biegu w 1986 roku wystartowalo tam tylko 7 biegaczy. Wczoraj tylko w moim, na 10 km uczestniczyło ich ponad dwustu pięćdziesięciu. Trasa okazała się trudna, zwłaszcza przy silnym przeciwnym wietrze na połowie trasy i wzrastającej szybko temperaturze słonecznego dnia. Trzy rundy po około trzy kilometry, gdzie różnica między najniżej i najwyżej położonym punktem wynosiła około 70 metrów. Pierwsze kółko pobiegłem asekuracyjnie tuż za czołówką, nie patrzyłem na zegarek, ale przebiegliśmy je chyba - jak na mnie - bardzo wolno.
Na drugim okrążeniu już nie wytrzymałem i poszedłem sam do przodu, zyskałem dużą przewagę, zdecydowanie prowadziłem i myślałem, że uda mi się tak do końca.
Niestety historia się powtórzyła z innych biegów i zjawił się ktoś, kogo poczułem na plecach. Jeszcze na długim podbiegu ostatniego trzeciego kółka udało mi się, o kilka metrów, oderwać od niego, ale okazało się, że on tylko czekał na zbieg i tam zdecydowanie przyspieszył pozbawiając mnie złudzeń. Na rywalizacje z nim nie miałem co liczyć. Na szczęście nie było nikogo innego, któryby mnie równie skutecznie ścigał. Pewnie dobiegłem do mety na miejscowym piłkarskim stadionie na drugim miejscu.
Czas zwycięzcy, Alexandra Hempla (rocznik 1971) 35 min 41 s oraz mój 35:58 - mało imponujące. Ale trzeba pamiętać o trudności trasy. Jak się później dowiedziałem, Hempel startował dwa dni wcześniej w mistrzostwach landu Hesja na 10 km na ulicy (tam uzyskał w trudnych warunkach 32:32), więc miał prawo być zmęczony. Jednak nie na tyle, żeby ze mną przegrać.
Za drugie miejsce w generalnej klasyfikacji nie dostałem żadnej nagrody, nawet na dyplomie o tym nie wspomniano. Natomiast dyplomem i koszulką wyróżniono mnie za pierwsze miejsce w kategorii 40-45 lat.

Do zwycięstwa po śladach Valentina Goericha (6.05.2001)

PRZYBYŁEM : 35-tysieczne miasto Langen leży prawie dokładnie w połowie drogi między Darmstadt i Frankfurtem nad Menem i ma doskonałe połączenie kolejowe i drogowe z tymi dwoma większymi ośrodkami. Start do biegu wyznaczono na 11.15, więc można było sobie przy niedzieli nawet dłużej pospać.
ZOBACZYŁEM : Organizatorzy wyznaczyli trase 2,5 kilometrową, z małym wypadem do lasu, ale przede wszystkim uliczkami starego miasta. Dwa dosyć strome podbiegi przy wyborze dystansu 10 kilometrów (więc cztery okrążenia) można było poczuć nieźle w nogach. Temperatura około 8 stopnii. Trasa dobrze oznakowana strzałkami i obstawiona wolontariuszami do wskazywania drogi na skrzyżowaniach.
ZWYCIĘŻYŁEM: Po zawodach dla uczniów (dystans 2,5 km) i po 5km dla wszystkich chętnych (wśród nich był tata z dzieckiem w wózku), przyszedł czas na bieg główny na 10 km. Stawiło się blisko 40 biegaczy w tym dwie panie. Przed startem spotkałem kolegę, z którym biegam 2-3 razy w tygodniu w Darmstadt. Wróżył mi wygraną. Ja nie mam tak dobrej orientacji w nazwiskach konkurentów, więc nie byłem pewien swojej pozycji. Pierwsze okrążenie przebiegłem na drugim miejscu. Następną rundę zacząłem już prowadzić. Około kilometra dotrzymywało mi kroku dwóch konkurentów. Jeden bardzo młody, obawiałem się, że może jakiś trenujący w klubie we Frankfurcie, drugi - może w moim wieku - w koszulce Spiridionu Frankfurt, czyli ze sportowego zrzeszenia, o którym już wiem, że ma dobrych biegaczy. Okazało się, obawy były tym razem niepotrzebne. Rywale szybko nie wytrzymali mojego tempa. Samotnie z dużą przewagą dotarłem do mety. Zmierzono mi czas - 35 min 54 s. Przy pagórkowatej trasie i braku presji ze strony konkurentów to całkiem nieźle.
Moje pierwsze zwycięstwo w Niemczech.
KIM BYL VALENTIN GOERICH ? Najsławniejszym biegaczem pochodzącym z Langen, a sławę tę zdobył w latach dwudziestych XIX stulecia. Jak wieść niesie tysiące ludzi przychodziło oglądać poprzednika obecnych zawodowców (biegał za pieniądze). O osiągniętej przez niego popularności świadczy odnotowany przez kronikarzy fakt, że przy odbieraniu nagrody w Hanowerze, przed naporem tłumu musiała go ochraniać zbrojna straż.
W moim przypadku tłumu nie było. Dostałem najładniejszy z dotychczas otrzymanych dyplomów (bez zaznaczenia mojego pierwszego miejsca w klasyfikacji generalnej, tylko zwycięstwa w kategorii wiekowej) ze stylizowanym rysunkiem przedstwiającym sławnego biegacza (w dziewiętnastowiecznej polszczyźnie - "bieguna") z Langen.

Życzę sukcesów w majowych zawodach.

Z ostatniej chwili:

Biegałem w ostatnią sobotę w miasteczku Dreicheichhain. W biegu głównym na 10 km, przy ponad 140 startujących, udało mi się być trzecim generalnie.
A słońce grzało nieźle i trochę pomyliłem trasę tuż przed stadionem, po dwóch kółkach po parku. Tym razem za zwycięstwo w kategorii trafiła mi się butelka wina, którą na razie postawiłem na szafie. Był też bardzo dobry sernik w barku dla biegaczy, tak więc pozostały też dobre wrażenia smakowe.
Dzisiaj biegałem z kolegami w ramach spotkań biegowych na Lichtwiese. Jak już pisałem, niezwykle ciekawe tereny leśne, przy takiej pogodzie jak dziś: 19°, słonecznie, przy żwawym tempie - to duża przyjemność.



Nadał Szymon Drabczyk (maj 2001)