Szymon Drabczyk donosi z Niemiec:
wyjście
Powrót na poprzednią stronę

Korespondencja z Niemiec (VI)
        Bieg niezwykłej urody w Fischbachtal-Odenwald

O ósmej rano w Święto Wniebowstąpienia Pańskiego (w Niemczech dzień wolny od pracy) na parkingu przystadionowym pojawiały się pierwsze samochody biegaczy. Przyjechali z niedalekiej okolicy, można było poznać po literach rejestracji - region z centrum w Darmstadt. Przy powitaniu zamiast Guten Morgen lub Hallo wymieniano się heskim porannym pozdrowieniem "Morsche".
Pierwszy temat to pogoda: słoneczna, zapowiada się nawet upalnie. Zaraz potem wzajemne utwierdzanie się w ocenie, że tutejsza trasa należy do wyjątkowo wymagających. Ja nasłuchałem się tej opinii już podczas wspólnego biegania w Darmstadt. Po entuzjastycznych słowach zachęty: "Krajobrazowo bieg jest niepowtarzalny, rodzinna atmosfera, w bufecie najlepsze ciasta, musisz koniecznie pojechać!" - następowały ostrzeżenia: "Ponad 12 km, cały czas na zmianę w górę i w dół, przy czym dwukilometrowy odcinek do mety cały czas pod górę. Nigdy nie bolały mnie tak nogi jak podczas i po tym biegu". No cóż postanowiłem sam sprawdzić.
W gościnnej sali miejscowego klubu piłkarskiego, biurze zawodów, wywieszono profil trasy. Naliczyłem dziesięć o różnej skali trudności podbiegów. Przy najtrudniejszym do pokonania różnica 185 metrów, start pod górę i finisz pod górę. Wśród przybywających zawodników rozpoznałem jednego z najlepszych biegaczy w Darmstadt 35-letniego Abdela Graine, z urodzenia Marokańczyka, a również wytrawnego biegacza z mojej kategorii biegowej Gerharda Putza.
Okazało się, że już na samym początku utworzyliśmy we trójkę czołówkę biegu. Marokańczyk (od kilku lat ma już obywatelstwo niemieckie), znając swoje możliwości - niedawno 30 min. 30s. na 10 km, przed laty nawet 29:36 - nie miał zamiaru na nas czekać i pomknął do przodu. Mnie pozostała rywalizacja z Gerhardem, rocznik 1958, kiedyś 2h 18 min w maratonie, ale ostatnio mniej więcej biegał na moim poziomie, dwa tygodnie temu zdecydowanie z nim wygrałem, ale on był wówczas pół godziny po zwycięskim biegu na 5 km.
Postanowiłem nie kryć się za plecami, tylko przystąpić od razu do otwartej rywalizacji. Pierwsze kilometry biegliśmy ramię w ramię. Około trzeciego kilometra zainicjowałem próbę sił. Dotrzymywałem Gerhardowi kroku na podbiegach, a na zbiegach próbowałem odskoczyć, bo zauważyłem, że nie rozwija on wtedy tak dużej szybkości jak ja. Poczułem przy tym mięsień lewej łydki, trochę mnie to powstrzymało przed brawurą, wyrównałem tempo, mięsień już się później nie odezwał. Gerhardowi nie udało się uciec, wiedziałem wcześniej, że jest to typ bardzo walecznego biegacza. On zjawił się tu, żeby wygrać. Mój kolega, z którym przyjechałem na zawody, zauważył przed biegiem, że Gerhard ujrzawszy Abdela, nie potrafił ukryć niezadowolenia, że start Marokańczyka z góry krzyżuje jego plany.
Do szóstego kilometra jeszcze nie traciłem nadziei. Biegliśmy razem albo on na podbiegu uzyskiwał kilkumetrową przewagę, którą następnie nadrabiałem. Rozstrzygające było chyba moje zawahanie przy skręcie drogi, kiedy prowadząc, nie byłem pewien dalszego kierunku trasy oraz zmiana nawierzchni z asfaltu na naturalną, z placami dość nieprzyjemnego, gruboziarnistego grysu. Gerhard miał przewagę w orientacji, bo biegał tu wcześniej i dodatkowo ja straciłem ważne dla mnie warunki do dobrego odbicia. W miarę sił starałem się nie tracić dystansu, trasa prowadziła spory odcinek w dół, to mnie podtrzymywało na duchu. Na jakieś dwa i pól kilometra przed metą ostatni zbieg. Miałem kontakt wzrokowy z uciekającym mi rywalem. Próbowałem puścić się pędem w dół, ale wiele to nie dało. Na dwa kilometry przed meta miał około 45-50 metrów przewagi nade mną. Gdy zaczął się odcinek pod górę, zamykający trasę, stało się dla mnie jasne, że już nic nie zdziałam, chociaż znów miałem asfalt pod stopami. Gerard ze względu na zakręty zniknął mi z oczu, a droga do mety, teraz w pełnym słońcu, wydłużała się niemiłosiernie. Myślę, że organizatorzy niezbyt dokładnie oznaczyli kilometraż. Po 12 km było do kreski jeszcze dobre 500 metrów, a nie 100 jak informowała wywieszka w biurze zawodów.
Jak się okazało na mecie ostatecznie zjawiłem się, uzyskując czas 45:44, aż 55 sekund za Gerardem. W ten sposób w ogólnej klasyfikacji byłem trzeci - Abel wygrał z rezultatem 43:39 - i drugi w kategorii wiekowej.
Wśród kobiet zwyciężyła Inge Siegl z czasem 49:37, kolejne miejsca: Stefanie Hock - 50:55 i Karin Risch - 55:27. Ostatni biegacz, Hans Gantner z Fischbachtal, jako 93 zamykając stawkę, przybiegł na metę po 1 godz.27 min.

Tyle relacji stricte sportowej. Teraz kolej na przedstawienie pozostałych wrażeń.

Cudowne widoki. Przebieg trasy jest naprawdę nadzwyczajnie atrakcyjny. Fischbachtal to zamknięta ze wszystkich stron porośniętymi bujnym lasem wzgórzami dolina. Większość dystansu biegnie się drogami prowadzącymi po zboczach wzniesień. Co pewien czas, gdy wybiegamy z pierzyny lasu, przed oczami otwiera się cudowna panorama. Ceglaste dachy domków i gospodarskich zabudowań o jasnych ścianach, intensywna zieleń uprawianych pagórków. Nad wszystkim piętrzą się dwie zabytkowe budowle: baszta obronna z początku XVI wieku, z nakruszonymi murami grubymi na 6 metrów oraz Zamek Lichtenberg, pierwsze dzieło architektury renesansowej w Południowej Hesji z charakterystycznymi dla tego stylu attykami.
Dla mieszczucha z pobliskich uprzemysłowionych terenów to prawdziwa radość dla oczu. Od razu wyczuwalne górskie powietrze to z kolei raj dla zatruwanych miejskimi wyziewami płuc.

Rodzinna atmosfera. Już w zaproszeniu na bieg można było przeczytać, że organizatorzy zachęcają do zabrania dzieci ze sobą na imprezę. Przewidziano dla najmłodszych, nawet tych poniżej pięciu lat (dystans 200 m), wyścigi na stadionie, po których - oprócz upominków - otrzymywali "dorosłe nagrody" w postaci prawdziwych medali i pucharów. Miło było popatrzeć, jak przy dekoracji, maluchy z medalem na szyi i pucharami pod pachą były unoszone ponad tłum i pozdrawiały gestem zwycięzcy zebranych.
Większość uczestników znała się wcześniej, także z tego biegu, który rozegrano już po raz dwudziesty, więc w czasie oczekiwania na wyniki i dekoracje słychać było powszechny harmider rozmów. Przyjemnie siedziało się na rozległym tarasie z widokiem na położoną kilkadziesiąt metrów niżej płytę piłkarskiego boiska i na górującą w oddali sylwetę Zamku Lichtenberg.

Wyborne ciasto. Naliczyłem blisko dwadzieścia rodzajów ciasta. Gdybym ja je potrafił wszystkie odpowiednio nazwać! Tort, ciasta z owocami: z truskawkami, ze śliwkami, z jabłkami, czereśniami, z ananasami w galaretce; serniki, babka piaskowa z kakao, ciasto udekorowane kremem, który wyglądał jak spaghetti ... Ja wybrałem kawałek sernika i ciasto z dużymi truskawkami w galaretce i wziąłem do tego kawę. Wszystko po dwie marki.
Była również inna oferta. Wszelkie napoje, w tym piwo z beczki i w butelce po 3 DM oraz kiełbaska (3,5 DM) i mięso(7 DM) z grilla.

W dobrym humorze, wczesnym popołudniem, wracałem z kolegą samochodem do Darmstadt.

Pozdrowienia
Szymon Drabczyk


Nadał Szymon Drabczyk (maj 2001)