Szymon Drabczyk donosi z Niemiec:
wyjście
Powrót na poprzednią stronę

Korespondencja z Niemiec (VII)
        "Młodości i w sto koni nie dogoni"

W koncu maja skonczylem czterdziesci jeden lat.Od pietnastego roku zycia biegam.Jednak nie zawsze z ta sama intensywnoscia i raczej w ostatnich latach czesciej i wiecej niz jako nastolatek, dwudziesto-(raz w tygodniu) i trzydziestolatek(trzy razy w tygodniu). Przed bieganie byla pilka nozna, prawie na kazdej przerwie i prawie codziennie po lekcjach. Mysle, ze tamte lata sa podstawa mojej dzisiejszej kondycji.Dzieki bieganiu nie mam nadwagi,mam pole do wyzycia sie,zyskuje znajomych i przyjaciol.W ostatnich latach osiagnalem poziom wynikow najwyzszy w moim zyciu, co w Polsce, w Warszawie i okolicach w przecietnych biegach dawalo mi prawdopodobne miejsce w pierwszej dziesiatce, a w okolicach Frankfurtu - jak sie okazalo - pozwala mi liczyc z duza pewnoscia na pierwsza piatke.Moj trening nie kryje specjalnych tajemnic.
Oczywiscie dziesiatki lat biegania czegos mnie nauczyly, ale absolutnie nie jestem profesorem biegowego przygotowania.Nie sprawdzam sobie tetna, nie wyjezdzam na gorskie obozy, nie spozywam zadnych sportowych odzywek. Nie czytam fachowych ksiazek. Korzystam natomiast ze swojej wiedzy ogolnej, obserwacji lepszych sportowo kolegow i polegam na wczuciu sie we wlasne cialo. Jem duzo owocow (jablka, banany, niemal codziennie jeden grapefruit) i warzyw( pomidory, kalafior, szpinak) ,staram sie wybierac zdrowe, naturalne produkty, lekkostrawne z mala iloscia tluszczu i cukru.Oczywiscie nie jestem w tym fanatyczny, ale staram sie jednak zeby pewien swiadomy wybor zaznaczal sie moim odzywianiu.

Rozsadna ocena wlasnych mozliwosci, moze czasami pozbawia mnie szansy na sukces, ktory dalaby brawura, ale z drugiej strony zapewne zmniejsza ryzyko kontuzji i chroni przed wycienczeniem organizmu poza granice wzglednie szybkiej regeneracji.Nauczylem sie szanowac swoje cialo. Mysle o tym, zeby je wlasciwie rozgrzac przed zawodami,gdy jest zimno ,zapewnic cieplote przez odpowiedni stroj,stworzyc dobre warunki do odzyskania nadwatlonych sil ( rozbieganie po zawodach, prysznic,pozywny posilek, sen). Rowniez w roz/ukladzie treningu (bardziej w Warszawie niz w Darmstadt) dbam,zeby fazy intensywnego wysilku i odpoczynku przeplataly sie, tak w ciagu tygodnia jak i w dniach, kiedy trenuje troche powyzej godziny. W warszawskich Krolewskich Lazienkach w takie dni wygladalo to w ten sposob, ze pierwsze okolopieciokilometrowe okrazenie przebiegalem wolno jako rozgrzewke, kolejna piatke z intensywnymi przyspieszeniami po 30 do 200 metrow na ok. 85% maksymalmych mozliwosci, ostatnie kolko znow bieglem wolno, odpoczynkowo. To tyle tego chyba malo odkrywczego wstepu. A teraz relacja z moich czerwcowych, dotychczasowych startow.

PRZEGRANA Z TRIATHLONISTĄ

To bylo w sobote 2. czerwca, w Zielone Swiatki. Juz na przystanku tramwajowym przed dworcem kolejowym we Frankfurcie spotkalem znajomego biegacza ze startu w kilka tygodni wczesniej w Florstadt. Jest sedzia we Frankfurcie, biega dla przyjemnosci, ze srednimi wynikami, ale z duzym zapalem.Podczas wspolnej jazdy do miejsca zawodow : dzielnicy Schwanheim opowiedzial mi o swioch wrazeniach z udzialu w ogromnej imprezie biegowej sprzed kilku dni w samym centrum Frankfurtu, gdzie na starcie zebralo sie ponad 40 tysiecy(!) biegaczy,reprezentujajacych rozne firmy.Z Dresdener Bank zjawilo sie kilka tysiecy pracownikow, zeby wraz z innymi przebiec wytyczone 6 kilometrow.Liczyl sie przede wszystkim udzial. Tlok byl tak duzy, ze czolowka juz byla na mecie, gdy inni dopiero startowali.Pogoda dopisala. Przezycie ze wzgledu na skale i charakter jedyne w swiom rodzaju.

Na miejsce zawodow , rozlegly las z dwoma amatorskim stadionami na obrzezu przybylsmy na okolo 50 min. przed startem, zanosilo sie na bardzo kameralna impreze. Na parkingu pojedyncze samochody. Caly dzien padalo i wydawalo sie, ze to zmniejszy istotnie frekwencje. Tymczasem na pol godziny przed startem wyszlo piekne slonce i jakby na sygnal zapelnily sie wszystkie parkingowe miejsca w sasiedztwie stadionow. Wlasciwie dopiero po zawodach ,gdy uslyszalem komunikat organizatorow, zorientowalem sie, ze z tylu za mna bieglo ponad 340 osob. Sam bylem zdziwiony,ze przy tak licznej stawce ukonczylem bieg na drugim miejscu i to ze wzlednie slabym wynikiem : 35:22 ( mam pewne watpliwosci, czy trasa nie byla nieco dluzsza niz 10 km).

Pierwszy na mete na stadionie przybiegl 27 sekund przede mna Christoph Leineweber.Jak dowiedzialem sie z jego zgloszenia i internetu zawodnik(rocznik 1972) pierwszoligowego niemieckiego klubu triathlonowego z Krefeld z najlepszym czasem na 10 km - 33: 08, na 40 km rowerem - 57:00, na 1,5km plywanie - 19:18 . Jego marzeniem jest ukonczenie zawodow typu Ironman (4,2km plywanie+170 km rower+ maraton) w czasie 9.00-9.10 godz.

Zycze mu powodzenia,tego rodzaju wyzwania przerastaja moja wyobraznie. Srodowisko triathlonistow jednak podczas mojego pobytu w Darmstadt nie jest dla mnie obce.To miasto i najblizsze okolice(Griesheim) to jeden z najsilniejszych osrodkow tej dyscypliny sportu w Niemczech, z dwoma pierwszoligowymi klubami, z aktualnym mistrzem RFN Lotharem Lederem. Od czasu do czasu ktos z tego srodowiska pojawia sie na zawodach lub na wspolnym bieganiu z Lauftreff Liechtwiese i pokazuje swoje biegowe mozliwosci. Rozniez jeden z moich stalych kolegow ze wspolnego biegania postanowil w tym roku stanac do niemieckich eliminacji do startu w zawodach Ironman na Hawajach.Maraton biega w 2:48, nie znam jego pozostalych wynikow, wiem tylko, ze jego marzeniem jest ukonczenie "Ironmana" w czasie 10 godzin. Sadzac po jego wysportowanej sylwetce i deklarowanej wytrzymalosci na upal powinno to mu sie udac.

MIĘDZYNARODOWY TERCET (9.06.2001)

Trzymajac sie tytulowego muzycznego jezyka - ja gralem w tym zespole ostatnie skrzypce (zajalem trzecie miejsce). Takie sa prawa mlodosci.Szeciokilometrowa trasa,piec rund po 1,2 km, poprowadzona waskimi uliczkami, podworkami w centrum poddarmstadzkiego miasta Pfungstadt preferowala mlode talenty. Wygral z czasem 18:26 w cuglach dwudziestotrzyletni Dominik Burkhardt biegajacy od tego sezonu w barwach Eintrachtu Frankfurt. Drugi byl jego rowiesnik, ale az z Birmingham w Anglii - Robin Sedman-Smith, przebywajacy na krotkim urlopie w Niemczech. Za nimi - jak napisalem juz wyzej - o blisko pokolenie od nich starszy, czterdziestolatek z Polski z czasem 20:30.Tuz za mna trzydziestojednolatek z Pfungstadt. To jego pochodzenie dawalo o sobie zanac na calej trasie. Slyszalem jak zaraz po moim przebiegnieciu wzmagal sie doping mobilizujacy goniacego mnie rywala.W Pfungstadt bieglo takze kilku kolegow z mojej grupy "13 km" LT Darmstadt. Kolega Ronald Loebig,ktory bardzo atrakcyjna trasa prowadzi czesto nasza grupe, zajal trzecie miejsce w mojej kategorii wiekowej.

Miasto Pfungstadt przede wszystkim znane jest z widocznego nawet ze srodka miasta poteznego browaru.Rocznie wytwarza on 400 000 hektolitrow piwa, zatrudnia 120 pracownikow, co czwarte piwo serwowane w poludniowej Hesji pochodzi z jego produkcji. Oczywiscie pojawily sie rowniez jego wyroby na imprezie: na zaimprowizowanej scenie stala ponadpoltorametrowa piramida z pieciolitrowych beczulek zlocistego trunku.Beczulka dostawala sie jednak tylko zespolom.Niektore beczulki oprozniono na miejscu.

Nowoscia z jaka spotkalem sie przy oglaszaniu wynikow zawodow w Pfungstadt bylo wprowadzenie dodatkowej klasyfikacji ,ktora brala poprawke czasowa na wiek i plec kazdego z 54 uczestnikow. Pewnie jesli ktos bedzie chcial to latwo odgadnie formule. Podam teraz te klasyfikacje zmodyfikowanych miejsc i czasow z uwzglednieniem pierwszej meskiej piatki i pierwszej kobiety, w nawiasach informacja o roczniku i uzyskanym rzeczywistym czasie:

1. A. Helfmann (1946): 18min. 4 s.(22:02)
2.H. Stoll (1942): 18:13 (22:54)
3.D. Burkhardt (1977): 18:19 (18:26)
4.H.Heller (1958): 18:30 (20:45)
5.S.Drabczyk (1960): 18:31 (20:30)
19.Hannerole Kirchem (1940): 21:12 (27:03)

BIEG Z NIESPODZIANKĄ (14.06.2001 Boże Ciało)

Helmut z Darmstadt, ktory biegal przed kilkoma laty w Bonames, jednej z bardziej odleglych od centrum dzielnic Frankfurtu, powiedzial mi trzy dni wczesniej o ostrym, pod katem 90 stopni zakreci prawie tuz przed meta, ale nic o tym,ze na niecaly kilometr przed kreska, zupelnie niespodziewanie, bo wczesniej jest rowno prawie jak po stole,trasa wznosi sie bardzo stromo w gore. Ta niewiedza kosztowala mnie stracenie nadziei (moze zludnej, ale jednak) na dogonienie czwartego w koncowej rozgrywce, do ktorego slabnacego zblizalem sie , zanim zniknal mi w bujnych zaroslach nieoczekiwanego wzgorza, ktorego zboczem prowadzila zygzakowata sciezka.Zaskoczenie zmiana trasy bylo u mnie tak duzo, ze dopoki nie udalo mi sie ujrzec na moment na tarasie nade mna skrawka znanej mi od 7 km (trasa liczyla 8 km)bialej koszulki,zwolnilem i drzalem w niepewnosci,ze na dole w zaroslach skrecilem nie w ta sciezke co trzeba bylo.

Ostatecznie wiec bylem piaty ,w niezlym czasem 28:09, ktory - jak moglem stwierdzic na podstawie najlepszych wynikow z poprzednich dziesieciu lat dalby mi na te dziesiec biegow czterokrotnie zwyciestwo. Wygral znajomy z Nieder Erlechbach, ktorego zreszto poczatkowo nie poznalem, Alexander Hempel (rocznik 1971) w czasie 27:11. Wyglada troche jak gwiazda lekkoatletycznych mitingow : wyczynowy sportowy stroj, wyczynowe startowe buty, ciemne okulary niczym Ado Boldon. On rowniez zaskoczyl mnie swoim zachowaniem podczas biegu. Pierwszy kilometr (czas - 3:08) prowadzil poznany w Schwanheim trithlonista Leinweber,nastepne dwa kilometry tez juz nie obcy mi z wygladu rywal, rocznik 1953;ja bieglem tuz za nim lub obok niego. Po trzecim kilometrze okazalo sie,ze czterdziestosiedmiolatek slabnie i w efekcie biegnacy tuz obok nas Hempel wysunal sie na prowadzenie, ale doslownie po kilkudziesieciu metrach raptownie zwolnil. Bylem prawie pewien, ze odezwala sie u niego jakas kontuzja lub odczul problemy zoladkowe. Nie ogladalem sie za siebie, tylko liczac na to, ze sytucja w czolowce zmienila sie korzystnie dla mnie, pociagnalem ostro do przodu. Prowadzilem tak kilometr, ale niestety grupka za mna nie stopniala na tyle ,zeby zapewnic mi miejsce na podium. Wkrotce mnie wyprzedzili, Hempel na koncu grupki,i mieli okolo dzesiecimetrowa przewage.Niewiadoma byla dla mnie dwojka z czworki przede mna.Na rywalizacje z Hemplem i triatlonista nie liczylem, ale dwoch pozostalych moglo nie wytrzymac tempa.Jeden z nich byl bardzo mlodym chlopakiem, jak sie pozniej dowiedzialem siedemnastolatkiem, okolo 50 kg wagi,kryl sie caly czas za plecami prowadzacego, drugi okolo 6 km zaczal odstawac od prowadzacej trojki. Wzialem go sobie na cel, ale nie mialem sil,zeby szybko sie do niego zblizyc.

O koncowce juz nieco napisalem, dodam tylko, ze na ostatnich metrach finiszem nastolatek wyprzedzil triathloniste i uzyskal czas 27:29. Od kolegi ,frankfurckiego sedziego, ktorego spotkalem rowniez przy okazji tej imprezy, dowiedzialem sie, ze Alexander Hempel zawsze na tyle biega na ile musi, nie prowadzi, dopiero na koncu zwykle skutecznie wyprzedza czolowa grupke. Jako trzecia niespodzianke mozna potraktowac fakt, ze w tym dniu padl rekord trasy, ale nie w tym biegu, w ktorym uczestniczylem.Pol godziny przed naszym rozegrano bieg dla uczestnikow ewangelickich Dni Koscielnych we Frankfurcie. Z ponad cwierc miliona uczestnikow tego pieciodniowego spotkania czterdziestu dwoch zjawlo sie na specjalnym biegu.W rywalizacji z samym soba (drugi uczestnik mial ponad cztery minuty straty) Juergen Illg(rocznik 1969) z Karlsruhe uzyskal 26:08, o 46 sekund lepszy czas od poprzedniego rekordu z 1995 roku.

Podczas biegu po sciezkach prowadzacych przez podfrankfurckie laki mozna byl w oddali na dachu jednego z drapaczy chmur dostrzec kilkunastometrowa figure Chrystusa podobna do tej znanej z Rio de Janerio , zamontowana na czas Koscielnych Dni.

MOLIBOKUS GÓRUJE NAD WSZYSTKIM

Molibokus to gora o wysokosci 512 m n. p. m. Widac jej rozlozysty masyw zaraz po wyjsciu z tramwaju, ktorym mozna tu, do Alsbach przyjechac z centrum Darmstadt ( w prostej linii 14 km).Z zurbanizowanej, prawie pozbawionej zieleni przestrzeni glownego placu Darmstadt trafiamy do serca miejscowosci o uzdrowiskowym, wczasowym charakterze, jakie mozna u nas spotkac w Beskidach. W Alsbach Molibokus nazywa sie nie tylko gora ,ale i apteka i szkola i coroczny bieg gorski. No moze nie taki gorski,na jaki wybiera sie niedlugo do Szwajcarii, spotkana po drodze w tramwaju kolezanka Uschi Wolf, czolowa niemiecka specjalistka od takich biegow. Powiedziala mi,ze ten szwajcarski bieg (miejscowosci nie zapamietalem) odbywa sie na wysokosci ponad 2500 metrow. Na jego miejsce mozna dojechac tylko kolejka linowa, a trasa jest za kazdym razem inna ,bo dopasowuje sie ja do warunkow sniegowych, ktore sa zmienne.Roznica poziomow do pokonania - 800 metrow. Molibokus-bieg ma start i mete tylko na wysokosci 180 m n.p.m. Jedynie w przypadku trasy 20 km osiaga sie szczyt gory,wiec roznica raptem 300 metrowa. Tak brzmialo to mniej wiecej w ustach Uschi.

Ja bylem ostrozniejszy wybralem wariant 10 km, roznica 170 metrow. Start byl wspolny. Tuz przed startem dowiedzialem sie jeszcze, ze moj pogromca z Fischbachtal Gerhard Putz tez biegnie, ale dluzszy dystans i podobno treningowo (co okazalo sie prawda). Znalazlem sie w prowadzacej pierwszej trojce. Wprawadzie wsrod zawodnikow rozpoznalem bardzo duzo znajomych z Darmstadt(latwy dojazd) ,to jednak bardziej wydawali mi sie grozni zaanonsowani przez spikera przyjezdni z daleka, przypuszczalnie specjalisci od biegow gorski. Z poczatku takiego wytypowalem : krotkie masywne nogi, podobno takie wyrozniaja dobrego gorskiego biegacza. Okazalo sie jednak, ze pozory myla i "krotkonogi" nie byl dla mnie zagrozeniem.A poczynalem sobie bardzo smialo , wysforowalem sie znacznie i na zbiegach powiekszalem swoja przewage. Pogoda byla dobra 17- 18 stopni,popadalo z piec minut, ale nie mialo to wielkiego znaczenia.Bylem wyspany i lekki. Czulem sie w formie. Ale przebieglem dopiero trzy kilometry z 10,6 km.Tradycyjnie w polowie trasy pojawil sie ktos mlodszy, szybszy, nawet wydawal sie zapraszac mnie do wspolpracy, ale przezywalem lekki kryzys.Niezwykle szybko dopadl mnie kolejny zawodnik, znany mi z rywalizacji z Pfungstadt. Tam bylem, niewiele, ale lepszy od niego. To oczywiscie podtrzymywalo moje nadzieje. Staralem sie przetrzymac rownym krokiem spadek tempa u mnie i nie dac za daleko odskoczyc, bardzo zadowolonemu - jak widac bylo - z dogonienia mnie rywalowi. Na kolejnym dlugim zbiegu doscignalem go, bieglismy tak szybko, ze nawet dystans do pierwszego sie bardzo zmniejszyl. Wiedzialem jednak z grafiku profilu, ze bedzie jeszcze kolejny podbieg, postanowilem zebrac sily na ostatni dlugi zbieg do mety.Niestety posialy sie w mojej glowie powazne watpliwosci, czy biegne wlasciwa trasa (po raz kolejny mi sie to zdarzylo - place frycowe pierwszego startu na nowej trasie). Nie zauwazylem przewidzialnego rozejscia sie trasy 10 i 20 km, na zegarku byly juz 34 minuty od startu. Moi bezposredni rywali mogli,co bylo malo prawdopodobne ,ale mozliwe biec na 20 km. Kolega bezposrednio przede mna nie odpowiedzial mi na pytanie ,jaki biegnie dystans, a zapytani ludzie, ktorzy wydali mi sie organizatorami, odpowiedziali ,ze do mety jest jeszcze 8 km. Zwolnilem. Bylem prawie pewien, ze przez pomylkie biegne na dluzszym dystansie, na kilkaset metrow przed finiszem rozpoznalem droge do mety, ale juz bylo za pozno. Troche szkoda mi bylo walki, ktora moglem stoczyc o drugie miejsce. Ale z drugiej strony bylem trzeci na 150 uczestnikow, bezapelacyjnie pierwszy w swojej kategorii wiekowej. Nie wyzylowalem sie maksymalnie. Bede mogl spokojnie przygotowac sie do startu za dziesiec w dni w corocznym najwazniejszym biegu ulicznym w Darmstadt, pewnie ostatniego mojego startu podczas tego mojego pobytu w Niemczech.

Wlasciwie moglbym na tym te korespondencje zakonczyc, ale musze jeszcze wspomniec o dwoch uczestnikach tego ciezkiego biegu: Pierwsza to Anna-Katherina Bihn rocznik 1990(!). Widzialem jak przybiegla na mete(czas 51:07). Nie byla wcale smiertelnie zmeczona. Czy mimo wszystko jednak nie za mloda na taki wysilek? Drugi uczestnik to Hans Scheutzov, rocznik 1943. Przybiegl na mete jako osmy z czasem 42:59 (zwyciezca, rocznik 1981, mial 38:25, a ja 39:09). Gdy odbieral nagrode za zwyciestwo w kategorii(byly co dziesiec lat i tylko za nie otrzymywalo sie nagrody - ladna szklaneczka z artystycznie wyszlifowanym emblematem biegu), to wygladal imponujaco : wysoka, wysportowana , mloda sylwetka . Oczywiscie ma tu znaczenie genetyka i w wiele innych uwarunkowan. "Mlodosci i w sto koni nie dogoni" - moze jednak dystans u biegaczy powieksza sie wolniej.



Nadał Szymon Drabczyk (czerwiec 2001)