|
Korespondencja Sylwka Przybyły z Kanady:
Around the Bay Road Race - najstarszy bieg długodystansowy na świecie |
||
|
Powrót na poprzednią stronę |
Korzystając z okazji, że od pewnego czasu przebywam w Kanadzie, postanowiłem wziąć udział w jakimś biegu ulicznym. Wybór padł na bieg w Hamilton, głównie dlatego, że po pierwsze rozgrywany jest w pierwszą niedzielę wiosny, a po drugie i znacznie ważniejsze - moi kanadyjscy koledzy - biegacze zapewnili mi transport i nocleg. Jest to o tyle ważne, że poruszanie się po Kanadzie bez własnego samochodu jest bardzo uciążliwe. Around the Bay Road Race rozgrywany był w tym roku po raz 107 i choć Kanadyjczycy podają, że jest to najstarszy długodystansowy bieg w Ameryce, starszy o trzy lata od słynnego maratonu bostońskiego, to wydaje mi się, że jest to w ogóle najstarszy długodystansowy bieg na świecie, bo w Europie, chociażby z powodu dwóch wojen światowych, chyba żaden bieg nie jest rozgrywany bez przerwy ponad 100 lat. Od 1894 Around the Bay Road Race rozgrywany jest na dystansie 30 kilometrów (pierwszy klasyczny maraton rozegrany został dopiero dwa lata później na I Igrzyskach Olimpijskich w Atenach). Trudno mi powiedzieć, czy Around the Bay Road Race należy do najpopularniejszych biegów w Kanadzie, bo na razie w innych biegach nie uczestniczyłem, a w maratonie w Toronto, który jest najsłynniejszym kanadyjskim maratonem nie wystartuję. Mogę jednak stwierdzić, że bierze w nim udział stosunkowo dużo osób. W tym roku w biegu głównym wokół zatoki wystartowało ponad 2.600 osób a w biegu towarzyszącym - do zatoki i z powrotem (5 km) sklasyfikowanych zostało 612 zawodników. Co mnie zaskoczyło to to, że około 20 %, a może i więcej uczestników imprezy to kobiety. Jak widać startujących w biegu było więcej niż w Polsce, a Kanada, mimo iż pod względem obszaru jest drugim państwem świata, to jednak zamieszkuje ją około 30 milionów ludzi, czyli znacznie mniej niż w Polsce (nawiasem mówiąc tylko co drugi obywatel Kanady urodził się w Kanadzie). Wybierając bieg na wiosnę łudziłem się, że będzie wiosenna pogoda - i była, ale w ubiegłym roku. W tym roku temperatura była poniżej zera i wiał zimny dosyć silny wiatr. Koledzy pocieszyli mnie jednak, że 10 lat temu było minus 25 stopni, a bieg się odbył. Do biegu zgłosiłem się na początku lutego, zapłaciłem więc najniższe wpisowe - 40 CAD (większość organizatorów pobiera takie wpisowe, nawet za bieg na 10.000 metrów, choć mam parę regulaminów z mniejszym wpisowym). Biegaliśmy z chipami. Wśród biegaczy stały dziewczyny z tablicami, na których podane były czasy (co 15 minut) i zawodnicy planujący uzyskanie zbliżonego czasu ustawiali się w pobliżu. Ja z kolegami stanąłem pod tablicą 3:45, chociaż dwu z nas zakładało złamanie 2,5 godziny, a dwu 3 godzin. Prawdę powiedziawszy to ja domyśliłem się po biegu, że czas na tablicach sugerował wynik, a nie tempo na kilometr, jak mi się wydawało. Blisko dwie minuty po strzale startera dotarłem do linii startu i o tyle mam gorszy wynik od rzeczywistego czasu jaki potrzebowałem na pokonanie 30 kilometrów. Jak zwykle ścigałem się tylko z moimi kolegami. Piąty z nas, który planował złamanie 2 godzin był daleko z przodu, ja natomiast starałem się utrzymać tempo prezesa naszego klubu biegacza, ale po 6 kilometrach zwolniłem i zacząłem się zastanawiać czy dobrze go zrozumiałem, bo biegł na 2:13 a nie na 2:30. Oczywiście zbyt szybki początek wpłynął negatywnie na moje tempo w drugiej części biegu. Wracając do mojej rywalizacji z prezesem - na 10 kilometrze ponownie dojrzałem Armanda, a na 12-tym, kiedy przystanął przy punkcie z wodą minąłem go. Ponieważ teraz ja uciekałem postanowiłem nie zatrzymywać się przy wodopojach (na ostatnich 10 km były co 2,5 km). Zresztą, gdy na 25 km próbowałem się napić to woda była tak zimna, że od razu ją wyrzuciłem. W końcówce postanowiłem, że jeśli Armand mnie wyprzedzi, to resztę trasy pokonam pieszo. Nie doszło jednak do tego, bo mój główny rywal przybiegł 18 minut za mną. Najlepszy z nas - Wayne - nie złamał 2 godzin, bo biegał 17 minut dłużej, tak więc na mecie wszyscy (5 osób z Borden) otrzymaliśmy brązowe medale. Złote były dla tych, którzy złamią 2 godziny (uczyniło to 50 biegaczy, a najlepszy - Kenijczyk - biegał ponad 1:36). Srebrne medale były za wyniki 2:00-2:15 (220 osób). Zająłem 1084 miejsce, ale gdybym stanął na starcie obok Kenijczyka byłbym 998. Pierwsza część trasy - jakieś 18 kilometrów była płaska, a nawet było lekko z górki (tylko jeden podbieg na wiadukt nad autostradą). Wiatr był sprzyjający, bo wiał głownie w plecy. Jednak po 18 kilometrze - po drugiej stronie zatoki trasa zaczęła falować. Początkowo krótkie podbiegi i zbiegi, a następnie kilkusetmetrowe. Nie przepadam za taką trasą, a na dodatek wiatr wiał często w twarz. Najgorsze było jednak przede mną - po minięciu 26 km (co 1 km stały duże tablice podające odległość od startu) trasa osiągnęła poziom zatoki (na jeziorze Ontario) i rozpoczął się 700-metrowy podbieg, bardzie stromy niż na Agrykoli w czasie biegu Konstytucji 3 Maja. Nie zatrzymałem się. Podejrzewam, że te 700 metrów dzieliło najniższy i najwyższy punkt na trasie, bo ostatnie 3 kilometry były z górki. W sumie nie było źle. Uzyskałem czas 2:38,19 (ubrany byłem w gruby dres i 3 podkoszulki, w tym dwie z długim rękawem, a i tak było mi zimno, zwłaszcza przed startem). Na wierzch założyłem koszulkę z ubiegłorocznego maratonu w Poznaniu, bo tam kolana pozwoliły mi pokonać tylko 30 km. Tym razem obyło się bez problemów, a zatrzymałem się po raz pierwszy dopiero za metą. Z innych ciekawostek: - w centrum było wiele stoisk, gdzie można było kupić sprzęt sportowy, ale choć wszyscy ogłaszali wyprzedaż, to wydaje mi się, że u Jacka Gardenera jest taniej; - z naszej piątki 4 biegało w asicsas, a jeden w Nike'ach (Wyane), czterech miało kurtki wiatrochłonne, a jeden nie; - w centrum zawodów (w hali) wyniki wywieszano na bieżąco. Gdy kilkanaście minut po dotarciu na metę dotarłem tam, to mój wynik już wisiał, wisiały też pełne wyniki biegu na 5 km; - bez problemu można było zdobyć regulaminy kilkudziesięciu innych imprez rozgrywanych w tym roku w Kanadzie; - na trasie było sporo publiczności - niektórzy siedzieli opatuleni w kołdry, inni trąbili, lub puszczali głośno magnetofony. Najlepszy był gość na 26 kilometrze (początek podbiegu) ustawił na zakręcie (na poboczu) samochód, wystawił dwie metrowej wysokości kolumny i na cały regulator puszczał muzykę country. Naprawdę przyjemniej było się wspinać pod górę. I to na tyle z Kanady. Pozdrawiam wszystkich swoich kolegów-biegaczy, zwłaszcza z Kabatów i Woli. Sylwek Przybyła |
|