|
Podziękowania dla Ziutka i spółki i pewne osobiste dygresje
|
||
|
Powrót na poprzednią stronę |
I Bieg w Białołęce (13 maja 2001r) udowodnił, iż Józef Woźniak i jego koledzy z orientacji umieją zorganizować bieg uliczny bez pomocy Federacji Klubów Biegacza. Mało tego, w niektórych elementach byli nawet według mnie lepsi. Powieszenie regulaminu biegu w widocznym miejscu przy zapisach to jest element, którego brakuje często w Warszawie, chociażby w tak licznie odwiedzanym przez biegaczy biegu na Kabatach. Ktoś może powiedzieć, iż jest to mało znaczący element - może i tak, ale tylko do czasu, gdy nie ma kwestii spornych między organizatorem a zawodnikiem. Kiedy pojawiają się różnice zdań zawsze można odwołać się do regulaminu, gdy go nie ma bywa różnie. Ze strony organizatora brak regulaminu może okazać się wygodny, bo wtedy można dowolnie interpretować zaistniałe kwestie sporne. Szczególne znaczenie mają regulaminy przy okazji rozgrywania wszelkiego rodzaju Grand Prix, gdzie zawodnik powinien otrzymać informację o zasadach klasyfikacji. Wracając do regulaminu w Białołęce - wydaje mi się, iż posiadał wszystkie ważne informacje takie jak termin, miejsce rozgrywania, kategorie wiekowe, nagrody a także tel. kontaktowy do organizatora. Bieg w Białołęce pokazał także, iż miła atmosfera nie musi wiązać się z kiełbaskami i piwem Browarów Warszawskich. Nareszcie nie musiałem za to płacić w formie wpisowego. Na większości biegów w Warszawie nie mam na to wpływu. Chciałbym tutaj być dobrze zrozumiany - nie mam nic przeciwko kiełbasom i piwu. Lubię czasami zjeść takową kiełbasę i wypić do tego piwo, ale częstotliwość z jaką te usługi są serwowane na biegach warszawskich i brak odmienności (np. zamiast kiełbaski ciastko) a ponadto umieszczanie tego w opłacie startowej bez możliwości zrezygnowania z tej usługi ... - ta sytuacja mnie się po prostu przejadła. A może za to nie płacimy w opłacie startowej? Wtedy sytuacja wyglądała by nieco inaczej, ale pojawia się kolejne pytanie - Za co płacimy opłatę startową? W Białołęce było pięć złotych - ale wiadomo trzeba opłacić sędziów i pokryć pozostałe koszty organizacyjne. W przypadku braku hojnych sponsorów niektórzy organizatorzy nie pobierają takowej opłaty. Na ten komfort nie mogli najwidoczniej pozwolić sobie organizatorzy w Białołęce, ale za to finisz biegu odbywał się na tartanowej nawierzchni w Gminnym Ośrodku Sportu w Bałołęce. Tutaj należą się podziękowania tamtejszej dyrekcji, która swoje obiekty udostępniła nieodpłatnie. Zawodnicy, którzy przyjechali samochodami nie mieli problemu z ich zaparkowaniem. Do dyspozycji był wystarczający parking w odległości około 100 metrów od mety biegu i miejsca dekoracji. Spiker (w tej roli dobrze sprawdził się Józef Woźniak) nie nudził, ale mówił tylko o konkretach dotyczących rozgrywanego biegu. Zawodników wykonujących rozgrzewkę i roztruchtanie nikt nie gonił z płyty boiska - co niekiedy zdarza się na imprezach w kraju - co by nie zadeptać pięknej trawy. Trasa biegu była należycie zabezpieczona - w miejscach przekraczania jezdni stali policjanci oraz Straż Miejska -choć ci ostatni robili to bez wychodzenia z samochodu - a gdyby trafili na pirata drogowego - ciekawe czy by zdążyli? Do pracy sędziów nie mam żadnych uwag - choć ich główną domeną jest orientacja sprawdzili się także na ulicy. Poznałem trochę pracę sędziowską w orientacji i wydaje mi się, iż w Białołęce to była dla nich pestka. Kolejnym dodatnim elementem jest zamieszczenie wyników parę godzin po zawodach w internecie. Wydaje mi się, iż jak na pierwszy raz - a tak było w przypadku Białołęki - organizacja biegu wypadła pomyślnie. W większości wypadków tak jest gdy za organizację bierze się czynny biegacz. Dzięki Józef i spółka za bieg - mam nadzieję, iż nie był to jednorazowy wyskok. Jacek Gardener P.S. do prowadzącego stronę pod publiczną dyskusję: A może by wprowadzić klasyfikację biegów w Warszawie, gdzie internauci decydowali by o ocenie poszczególnych biegów. |
|
|
Na początek |