|
Ruch Ratowania Maratonu Warszawskiego
|
||
|
Powrót na poprzednią stronę |
Czy Dzień Niepodległości Maratonu Warszawskiego?
Niedzielny, słoneczny poranek 11 listopada, wyjeżdżam ze swojej podstołecznej wioski na trasę
pruszkowską. Jest zimno, moja ulubiona ścieżka rowerowa (garb prawej koleiny po tirach) miejscami oblodzona. Uprzejmi kierowcy, jak zwykle na tej trasie,
zmuszają mnie tylko dwukrotnie do zwiedzania rowu. Ale nie narzekajmy, przecież nie wszędzie jazdę na rowerze po ulicach zalicza się do sportów ekstremalnych
w Warszawie owszem. Od Zachodniego jest ścieżka rowerowa, co tam ścieżka, tunel rowerowy, aż do Kasprzaka, później
już tylko skok przez centrum i jestem na Krakowskim, pełna gala, flagi, pańcie w
futrach, towarzystwo weteranów i pierwsza brygada, jednym słowem święto narodowe jak się patrzy. 10:00, pod
umówioną kawiarnią Poziomka jestem pierwszy. Wewnątrz organizatorzy i kilku zawodników. Po chwili wychodzi z niej drobna postać w niebieskiej kurtce, po żółtych rękawiczkach napisem NYC Marathon dedukuję, że jest to Ania. Zamieniamy kilka słów po chwili dołącza do nas Daga. Dziewczyny
biegną dzisiaj, Ania jako przewodniczka niewidomego kolegi, pełna obaw czy dotrzyma mu kroku (jest tydzień po starcie w Nowym Jorku), a dla Dagmary to pierwszy chyba tak poważny dystans. Miło nam się gaworzy, tak, że przez chwilę zapominamy po co tu przyjechaliśmy. Ale do roboty. Obstawiamy drzwi Poziomki
i rozdajemy żółte papiery, robocza nazwa ulotki z treścią listu otwartego do Pana Prezydenta Warszawy z apelem o ratowanie Maratonu Warszawskiego. Początkowo
dostają tylko wychodzący. Później też wchodzący. Treść dociera do organizatorów Biegu Niepodległości i słyszymy żywe dyskusje wewnątrz lokalu.
Przybywa rejestrujących się zawodników, podnosi się tez temperatura, ale tylko dyskusji. Dostajemy po uszach za ostatnie maratony, musimy tłumaczyć, że to nie my je robiliśmy, jeden pan szykujący się wyraźnie
do ataku napadł na mnie: Czy to Pan jest dyrektorem maratonu!!?
Zastanawiające, ani jednej ulotki na ziemi, zawsze przy rozdawaniu ulotek robi się wielki śmietnik z tych wziętych i wyrzuconych. Nie widzę takich. Ludziska czytają. Starsi tylko to co tłustym drukiem i od nich najwięcej krytyki. Otrzymujemy wiele obietnic i propozycji od: wspaniała inicjatywa i popieramy..., może nareszcie; do: nigdy więcej nie kiwnę palcem, pisuję do nich od lat, walka z wiatrakami, maraton do lasu, bzdura itd. Generalnie, więcej głosów pozytywnych, popierających Akcję pod Poziomką. Ale mi się nazwała akcja, prawie jak pod Arsenałem. Dołączyli do nas Zuza, Ziut i Przemek dzielnie zbierający podpisy. Zrobił się prawdziwy tłok. Do rękoczynów nie doszło. Po chwili władze wprowadziły na ulicę wojsko, ale okazało się, że to nie z naszego powodu. Poza tym wyraźnie nie mieli amunicji. Pamiątkowe zdjęcia na tle maszerujących matrosów i wszyscy na start. Tu dołącza do nas Wojtek z Gazety Wyborczej, maczał pióro w liście dp P.P. (jest też tak jak ja na rowerze i też ze skrzypiącym kolanem po występach w Poznaniu). Podziwiamy naszych dzielnych strażaków szykujących się do biegu w pełnym rynsztunku, z butlą tlenową na plecach włącznie. Taka butla z tlenem w czasie biegu to jest to, żeby tylko jeszcze nic nie ważyła. Ale tak poważnie to podziwiamy i gratulujemy, bieg swój dedykują swoim poległym kolegom z Nowego Jorku. 30 sekund do startu, VIP (ten sam VIP, z którym Ziut ma później nieprzyjemność w Ratuszu) z korkowcem na trybunie tłumaczy, że startujemy na dwunaste uderzenie zegara zamkowego. Wszyscy odliczają, jeden, dwa, przy dziesięciu kilku zawodników startuje i szybko zawraca, to na pewno goście zagraniczni, ach te zmiany czasu. VIP mimo, że tylko pełniący obowiązki miłościwie nam abdykującego, to wywiązuje się, nie ma kłopotów z przedwczesnym wystrzałem - ręka pewna, niezawodna, podnosi w górę broń - VIP strzela w niebo (strat w ludziach i sprzęcie nie ma bo myśliwce latoś nie latają nad Krakowskim Przedmieściem, stare odleciały do ciepłych krajów, a nowe nie przylatują ze względów ekonomicznych). Poszli zawodowcy przodem, ambitni za nimi, potem lud pracujący stolicy i okolic, Ochota, Wola, Praga (sorry, to chyba nie ta impreza). Biegniemy, to znaczy jedziemy (pierwszy raz jadę nie biegnę) gubię Wojtka na starcie, na Nowym świecie rozdaję ulotki, biorą. Przypominam sobie o ambitnym planie fotografowania zwycięzców i Naszych na mecie w Wilanowie. Przyciskam mocniej. Na Placu Trzech Krzyży - stop i dwa zdjęcia przy bardzo miłym policjancie wystawionym na próbę kilkudziesięciu klaksonów. Startujących chyba więcej niż w ostatnim maratonie. Do przodu. Przemykam obok biegnących, na Belwederskiej przekraczam prędkość światła, no na pewno sygnalizacji świetlnej. Dogania mnie Wojtek, przez chwilę jedziemy razem. Wyprzedzamy główną stawkę i dojeżdżamy do liderów. Biegną pojedynczo lub po dwóch. Ambitnie chcę mieć pierwszego. Doganiam go z językiem w szprychach około pięćset metrów przed metą, robię kilka zdjęć w czasie jazdy. Pewny, wyprostowany, Michał Bartoszak z LG Action Kiekrz, biegnie jak maszyna, tnie przeciwny lodowaty wiatr, wyprzedza stawkę o dobre kilkaset metrów jest niezagrożony. Dobiega do mety w prawie rekordowym czasie 32:33,2 brawo Michał. Ustawiam się do fotografowania kolejnych zawodników, ale przychodzi na nich czekać ponad minutę. Po 5min. Dojeżdża samochodem Zuzanna. Ustawiamy się na ostatnim wirażu przed metą i robimy zdjęcia znajomym. Dużo twarzy i postaci znanych z mety Maratonu Warszawskiego. Po ok. pół godzinie jesteśmy w komplecie, zmęczeni i zadowoleni, a to chyba najważniejsze. Przekazujemy biuro Akcji pod Poziomką Ziutowi i życzymy mu powodzenia przy przekazywaniu naszego listu władzom miasta. Pisząc ten tekst znam wynik i przebieg tego spotkania. Nie przejmuję się. Trochę niefortunnie, że wkładamy kij do ula w trakcie wyroju, ale pszczoły się zmienią, a ul pozostanie. Piszemy do ula nie do pszczół. Gorzej z będzie z miodem. Przychodzi chwila refleksji, ilu z biegnących, którzy czytali nasz apel, myślało w czasie biegu o przyszłorocznym stołecznym maratonie, jaki będzie gdzie i kiedy? Będziemy mieli taki maraton, jaki sobie wybiegamy, zaczynamy od dziś, nie tydzień przed startem. Czasu jest dość tylko czy zapału i chęci wystarczy? Na pewno niedziela 11 listopada 2001 nie była jeszcze Dniem Niepodległości Maratonu Warszawskiego. Próbowaliśmy rzucić iskrę nadziei na wilgotną, starą hubę. Chyba się udało. Żarzy się. Rozdmuchajmy ją wspólnie. |
|
|
Jacek Mifor
|