Trasa poprowadzona jest osiedlowymi chodnikami w formie pętli, którą biegacze
pokonują kilkakrotnie - w zależności od kategorii wiekowej. Centrum zawodów
nagłośnione, co sprawia, że dzięki sympatycznemu spikerowi, wszyscy wiedzą co
się dzieje.
I zaczynają się biegi. Co kilkanaście minut startują kolejne grupy lub grupki
dzieciaków "posortowanych" według roczników. Aż miło patrzeć, z jakim
zaangażowaniem wielu z nich, walczy na trasie. Walczy z dystansem, z rywalem a
często z samym sobą. Są wśród nich kompletni nowicjusze i są tacy, którzy umieją
dobrze rozłożyć siły na dystansie 3km.
Wszyscy oni są serdecznie witani i wymieniani z imienia i nazwiska przez
sympatycznego (niewątpliwie) Pana Spikera. Wierzcie mi (z niejednego biegowego
pieca chleb jadłem), że miękko się robi na sercu widząc trzyletniego obywatela z
radością zdążającego do mety.
Może mu nikt nie przeszkodzi zostać Krzyszkowiakiem?
Na mecie rodzice i rodzeństwo bardzo przejęci obserwują zmagania swoich pociech,
fotografują, kamerują, dopingują. Bez krzyku organizatorów, sędziów, bez
pohukiwania na biegaczy, a raczej:
"Kolejne okrążenia pokonała Ewa - zostało Ci jeszcze jedno",
"Do mety zbliża się Robert - Brawo Robert".
Brawo Panie Spikerze - tak trzeba.
My, ekipa KB Orientuz, też mieliśmy swoje zadanie do wykonania. Nasz czempion
Bogdan walczył o zwycięstwo w swojej kategorii wiekowej. On w ogóle jest
najlepszy, ale specyfika regulaminu (liczenie punktów ze wszystkich biegów)
spowodowała, że w grę weszła matematyka. Bogdan musiał wyprzedzić swojego
głównego konkurenta o 4 pozycje. Ja miałem być tym, który by się do tego
przyczynił. Miałem, ale nie tym razem i nie w tej formie. Z góry wiedziałem, że
nie jest to możliwe w obecnym stanie rzeczy. Rozważaliśmy jeszcze możliwość
"przypadkowego" zderzenia lub w momencie dublowania zahaczenia o nogę rywala.
Jednak zasada fair play zwyciężyła. Bogdan spisał się dzielnie, pobił swój
rekord trasy, ale niestety głównego rywala pokonał tylko trzema pozycjami.
A głównym rywalem był nie byle kto. Mariusz Niziński to macho tej imprezy.
Słusznie obwołał się dyrektorem biegu, robi tam wszystko. Nagania sponsorów,
dzieciaki, fotografuje, chwali się sukcesami, rozdaje nagrody i jeździ
samochodem po lody. Wkłada w te zawody dużo serca. Dzielnie mu wtórują inni. Nie
znam wszystkich, ale w oczy rzuca się klan rodzinny Burnosów.
Na koniec odbyła się sympatyczna ceremonia zamknięcia Grand Prix Łomży i
podsumowania wyników. Prawie wszyscy dostali jakieś nagrody, zwycięzcy - puchary i
medale. Ja też miałem szansę. O zgrozo! Byłem najstarszym uczestnikiem imprezy.
Pan Spiker w czasie biegu po każdym okrążeniu nie omieszkał o tym fakcie głośno
informować zgromadzoną publiczność. Ale nagrody nie dostałem, bo regulamin mówi,
że jeden bieg to za mało. I dlatego (ha, ha) najstarszym został obwołany Bogdan.
Kolejny puchar dla nas.
Po zakończonej imprezie zostaliśmy zaproszeni na plenerowy piknik na Górze
Królowej Bony. Przy beczce łomżyńskiego piwa i grillowych produktach
rozprawialiśmy o problemach biegactwa polskiego ze szczególnym uwzględnieniem
regionu łomżyńskiego. Gospodarze napoili nas i nakarmili tak, że aż żal było
wyjeżdżać.
Żegnaliśmy się serdecznie i obiecaliśmy pojawić w Łomży na kolejnej,
przyszłorocznej edycji Grand Prix Łomży 2003. Do czego i Was namawiam.