|
Powrót na poprzednią stronę |
Bożena donosi:
|
Sztokholm „dla początkujących”5 czerwca 2004 Będąc początkującym maratończykiem pojechałam na maraton do Sztokholmu. Oto kilka wrażeń, głównie dedykowanych dla tych co nie koniecznie ścigają się o pierwsze miejsca.Była to moja pierwsza wizyta w stolicy Szwecji i stąd duże zaskoczenie miastem, w którym jest dużo wody, jest zakaz budowy drapaczy chmur, a po mieście część mieszkańców pływa sobie nawet kajakami. Miałam trochę problemów z biletami, bo latają tam bardzo małe samoloty i w chwili, gdy zdecydowałam się rezerwować wyjazd nie miałam dużych możliwości wyboru. Stąd w piątek, zaraz po wylądowaniu musiałam sprawnie przemieścić się do biura zawodów i niestety opuścić pasta party, chociaż było tuż obok biura. Upewniając się w metrze o kierunek pociągu (w Szwecji pociągi i metro nadal jeżdżą w przeciwnym kierunku - lewostronnie) zapytałam młodą osobę, a ta okazała się być Polką. Biuro, jak zwykle w tak dużych imprezach było sprawne. Numery zawierały imię i nazwisko oraz flagę kraju. W biurze dostawaliśmy tylko numer, chipa i malutki batonik. Do chipa były dołączone papierowe paski z samoklejącymi końcówkami, które miały służyć do mocowania chipa. Niestety nie mam zaufania, ani do papierowych pasków, ani do kleju, więc wsznurowałam chipa i po biegu musiałam trochę powalczyć, aby go oddać, gdy inni tylko wystawiali nogę do dziewczyn z nożyczkami. Można było wziąć sobie informacje o planowanym czasie biegu do przypięcia na plecach (były planowane grupy skupione wokół peace-makerów, ale na trasie nie widziałam zbyt dużo osób, które zdecydowały się na uwidocznienie swoich planów). Kibice mogli zaopatrzyć się w kartony gotowe do wpisania imienia dopingowanej osoby. Poza tym typowo: stoiska firmowe producentów obuwia, trochę ubrań i lokalnych reklam imprez. Z ciekawych zaproszeń: 29 sierpnia odbędzie się półmaraton tylko dla kobiet, na trasie lekko zbliżonej do trasy maratonu. Jest to bardzo popularna impreza – corocznie startuje kilka tysięcy zawodniczek. W samym maratonie istniał też podział na część kobiecą i męską: osobna równoległa numeracja (numery dla kobiet poprzedzone były wyróżnikiem literowym) oraz klasyfikacja po biegu, a nawet zdjęcia z biegu były osobno prezentowane jako zdjęcia z „Męskiego Maratonu w Sztokholmie”. Drugą masową imprezą biegową w Sztokholmie jest nocny bieg na 10 km. W dniu zawodów mieliśmy zapewniony darmowe przejazdy, co stanowiło dosyć duży bonus, bo metro jest zdecydowanie droższe niż w Warszawie. Bieg startował dosyć nietypowo, bo o 14.00, ale o tej porze zachód słońca jest blisko 23.00, więc ta godzina nie jest taka bardzo abstrakcyjna. Spotkanie przed biegiem było na placu sportowym, gdzie można było posiedzieć na trybunach. Niestety był typowy problem toalety, którego dramatyzm rósł wraz ze zbliżającym się startem. Nietypowo za to był rozwiązany problem bagażu. Na betonowym żwirze wytyczone były boksy z przedziałami numerów, w których należało zostawić swój bagaż z opisem. Nie rozdawano żądnych toreb, ani identyfikatorów. Stąd każdy zostawiał to z czym przyjechał. Dosyć fajnie wyglądała wielka zielona plastikowa waliza, która jako jedna z pierwszych pojawiła się na placu. Dobrze, że wzięłam ze sobą worek z poprzednich imprez. Kolejnym zaskoczeniem była próba przedostania się na miejsce startu. Trzeba było przejść przez wąską bramę, w której stłoczyło się ponad 13 000 ludzi. Od tej pory tłum towarzyszył mi przez długi czas. Podział na grupy startowe był ograniczony do 5 blisko stojących stref, wiec pierwsze kilometry polegały na sztuce utrzymania równowagi. Potem jeszcze na trasie było jedno przewężenie powodujące wręcz zatrzymanie. Wśród biegających było dużo drużyn, można było znaleźć osoby traktujące bieg bardziej na luzie (był diabeł biegnący w parze z aniołem, trefniś, żołnierz w pełnym rynsztunku). Dużo bardziej wesoła atmosfera panowała wśród kibiców. Większość trasy biegła przez centrum miasta i stało tam dużo ludzi. Z kolej w parkach na obrzeżu było więc muzyki. Ku mojemu zaskoczeniu w parku była mała grupa kobiet, która pozdrawiała mnie wymieniając imię i kraj. Bardzo mnie to zaskoczyło, bo nie przypuszczam, że udało się odczytać imię z numeru, na którym było ono wydrukowane czcionką o wysokości około 1 cm. Być może spotkałam je wcześniej w pociągu lub metrze. Dużo osób rozmawiało ze mną po drodze o maratonie widząc, że biorę w nim udział. ![]() Najsłynniejszym elementem tego maratonu jest most, którego urok polega na tym że wbiega się z bulwaru nad jeziorem dosyć stromo, potem podbieg łagodnieje i znów wspina się na środku. Ten pierwszy wąski podbieg nie jest długi, ale rzeczywiście stromy. Potem jak to zwykle bywa jest długi zbieg. Na trasie jest trochę zbiegów i w pewnym momencie było trochę niebezpiecznie bo, gdy kończyłam pierwszą pętle wózkarze dogonili nas i bardzo szybko zjeżdżali z góry. Takie dwie pętle to jednak dobry pomysł, bo w drugiej części biegu ma się rozpoznane lokalne cele. Mimo zmiennej pogody jaka była tego dnia, bieg rozpoczął się w słońcu – stąd duże powodzenie miały punkty z gąbkami i prysznice (dobrze ustawione, bo można było łatwo wybrać czy się chce z nich korzystać czy nie). Na punktach serwowano napój sportowi i wodę, oba trunki pobierane były do kubków przez obsługę z misek, jak widać przy założeniu że wszystko wokół jest czyste. Był punkt bananów, pudrowych cukierków miętowych i kiszonych ogórków (niestety wielu biegaczy pokusiło się o połówki tych ogórków i ten odcinek asfaltu, pełny zielonych obślizgłych skórek, stał się jednym z najryzykowniejszych). Finisz biegu był na stadionie olimpijskim. Jest to ciekawy obiekt, wybudowany na początku zeszłego wieku. Przypomina trochę zamek: czerwona cegła do wysokości drewnianego dachu trybun, wysoka wieża. Niestety niezbyt uważnie obejrzałam mapę finiszu i nie zauważyłam, że przed wbiegnięciem na stadion trzeba go jeszcze prawie okrążyć, a potem około 300 metrów bieżni. Na szczęście kończąc miałam na tyle sił, że nie zniechęciłam się po pierwszym rozczarowaniu, że dobiegnięcie do wieży stadionu to jeszcze nie koniec. Zresztą stadion licznie wypełniony widownią to zawsze dobry doping do ostatniej mobilizacji, zwłaszcza na ostatniej prostej, gdzie trzeba było trochę manewrować między zawodnikami (niestety na mniejszych imprezach często biegnę sama w tzw. ogonie). Na mecie nie wieszano medali, ale trzeba było dopchać się do jednej z osób, która trzymała solidne srebrzyste krążki. Zawodnicy zaopatrzeni w folie przechodzili na plac sportowy, gdzie wcześniej była zbiórka przed startem. Tam odbierano chipy, rozdawano koszulki oraz można było skorzystać z bufetów z colą, bananami i bułkami.
Wyniki ostateczne i pośrednie były dostępne na bieżąco w Internecie. Można też było zamówić sobie SMS’a z komunikatami. Mój rezultat to 4:28:20, 76 miejsce w kategorii wiekowej (ukończyło 215) i 1170 wśród kobiet (ukończyło 2733). Zaliczam ten maraton do udanych imprez, udało mi się dotrzeć do mety bez ponurego przekonania, że „nigdy więcej”, a ponieważ całość wycieczki, zwiedzanie miasta i ładnych zielonych okolic, spotkania ze znajomymi Szwedami, była dodatkowym atutem pozostało mi dużo miłych wrażeń. Tegoroczny maraton był pod wieloma względami rekordowy: rekord zgłoszonych osób, krajów i procentowego udziału kobiet (ponad 20%). Szwedzi są bardzo dumni z tej imprezy i chwalą się rankingami, w których jest ona najwyżej oceniana na świecie. Komplet wyników znajdziecie na stronie Stockholm Marathon. |
|