|
Powrót na poprzednią stronę |
Ryszard Łukaszewicz relacjonuje:
|
Smak walki |
|
|
Różne powody sprawiają ze startuję w zawodach. Czasami mam nadzieję na miejsce w czołówce a nawet na zwycięstwo. Niestety mój poziom
sportowy pozwala mi wygrywać bardzo sporadycznie, gdyż rzadko się zdarza aby nie pojawił się ktoś mocniejszy ode mnie. Czasami biorę
udział w biegu aby wywiązać się z obowiązku wobec klubu. Zdarza się że przychodzę w celach towarzyskich, a biegam przy okazji. Często
startuję aby uzyskać jak najlepszy rezultat, dotyczy to tras atestowanych i bieżni. Bywa że jadę na jakieś zawody z powodów
turystycznych, aby zwiedzić jakąś miejscowość . Czasem biorę udział w biegu ze względów treningowych.
Zawsze jednak drzemie we mnie żądza walki. Istotą zawodów sportowych jest walka. Walka z rywalami, pojedynek z drugim człowiekiem. Gdyby nie ten element prawdopodobnie nigdy nie zajmowałbym się sportem. Bardzo często oceniam swój udział w biegu przez pryzmat wyniku rywali. Jeśli jestem drugi, ale przegrałem z jedynym rywalem prezentującym mój poziom – jest kiepsko. Jeżeli jestem sześćdziesiąty, ale pokonałem wszystkich „z mojej półki” jest świetnie. Ten element walki drzemie głęboko w mojej duszy i potrafi uzewnętrznić się w najmniej oczekiwanej chwili. Tak właśnie stało się w upalną sobotę 27.07. Wystartowałem w biegu Powstania Warszawskiego na dystansie ok. 10 800. Przyszedłem na start aby uczcić rocznicę tego tragicznego wydarzenia. Nie zamierzałem dawać z siebie wszystkiego. Moje plany startowe nakazywały mi unikać nadmiernego wysiłku w tym dniu. Chciałem przy okazji zawodów zrobić mocny trening, przebiec dystans spokojnym i równym, choć mocnym tempem. Dodatkowym argumentem za takim postępowaniem był upał. Wprawdzie start nastąpił o godz. 17 – dla upamiętnienia godziny „W” z 1944 roku – kiedy słońce jest już dość nisko, ale rozpalone mury i asfalt oddawały swoje ciepło stwarzając bardzo niesprzyjające do intensywnych wysiłków środowisko. Zgodnie z planem zacząłem bardzo spokojnie. Od razu znalazłem się w drugiej połowie stu pięćdziesięcio osobowej stawki. Nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Chciałem biec swoje, nie przejmując się innymi. Wiedziałem zresztą że większość z nich rozpoczyna zbyt szybko jak na swoje możliwości i później ich wyprzedzę. Znam to zresztą z autopsji, też niejednokrotnie zaczynałem biegi za szybko, i pod koniec byłem wyprzedzany przez rozsądniejszych zawodników. Zgodnie z moimi przewidywaniami, już po ok 500 metrach zacząłem wyprzedać, z początku nielicznych, później coraz liczniejszych konkurentów. Biegnąć spokojnie nie męczyłem się zanadto i mogłem czerpać satysfakcję z niezwykle malowniczej trasy wiodącej jednym z najpiękniejszych rejonów Warszawy. Pierwsze (z czterech) okrążenie przebiegłem mniej więcej w założonym czasie i byłem bardzo zadowolony. Drugie i trzecie koła wyglądały podobnie. Pokonałem je w podobnym czasie jak pierwsze, ciągle mijając słabnących rywali. Pod koniec przedostatniego okrążenia zacząłem się już czuć nieco zmęczony, w końcu miałem za sobą ponad 7 kilometrów w upale, ale nie było mowy o wyczerpaniu, to było przyjemne treningowe zmęczenie. Ostatnie koło zacząłem utrzymując swoją, spokojną szybkość . Przed sobą widziałem jeszcze trzech zawodników. Stwierdziłem bez specjalnych emocji że prawdopodobnie ich też wyprzedzę. Dwóch z nich minąłem na pierwszej części okrążenia, trzeciego mniej więcej w jego połowie. Dotychczas, mijani, osłabli biegacze, nawet nie próbowali się mnie przytrzymać. Oni byli już padnięci i mogli tylko zwalniać. Teraz stało się inaczej. Minięty zawodnik „przykleił” się do mnie. Oznaczało to, że dość znacznie przyśpieszył, gdyż doganiając Go biegłem dużo szybciej. Jeszcze pięć, czy nawet trzy minuty wcześniej w ogóle bym nie zareagował. Ale do mety zostało już tylko nieco ponad kilometr. Zaczął się nieśmiało – na razie - budzić mój duch rywalizacji. Pomyślałem sobie że trzeba Go zgubić i przyśpieszyłem. Ku mojemu zaskoczeniu On uczynił to samo. Tego się nie spodziewałem. To momentalnie pobudziło mnie do walki. Właściwie nie miało to żadnego sensu. Nie miałem pojęcia na którym miejscu się znajduję. Czołówki nie widziałem od samego początku. Wynik nie był dla mnie istotny, wszak cały czas biegłem spokojnie, a poza tym trasa nie jest dokładnie wymierzona i uzyskany rezultat właściwie o niczym nie mówi. Rywala nie znałem i nie łączył mnie z nim żaden stosunek emocjonalny. Wyprzedzenie Go nie dawało nic. Ale stawił opór! Kontratakował !. To wystarczyło. Podjąłem walkę dla niej samej. Natychmiast zacząłem analizować sytuację. Tempo znacznie wzrosło a On oddycha bardzo ciężko, musi być nieźle zmęczony, jeśli jeszcze przyśpieszę pęknie. Ale nie pęka. Minęliśmy właśnie ulicę Miodową i do mety zostało ok 800 metrów. Mój konkurent wygląda młodo, jest dość mocno zbudowany, może być dużo szybszy ode mnie na finiszu. Kiedyś końcówka była moją bardzo mocną stroną. Jeśli udało mi się utrzymać za plecami rywali, to na ostatnich 60 – 120 metrach nie dawałem im, na ogół, żadnych szans. Z drugiej strony moją słabą stroną był długi finisz. Przegrałem wiele ważnych dla mnie pojedynków 300-400 metrów przed metą. Gdy ktoś wtedy ostro atakował, łatwo odpuszczałem. Ale to było wieki temu. Teraz coraz rzadziej udaje mi się odpalić ”trzeci bieg” przed metą. Muszę sprawę załatwić inaczej. Spróbuję tego, czym kiedyś sam byłem załatwiany. Wykonam długi finisz. Ulica Podwale prowadzi łagodnie w dół. Ten odcinek jest też lekko z wiatrem. To powinno mi umożliwić utrzymanie maksymalnej szybkości przez dłuższy czas. Nieważne przy tym że Jemu też będzie łatwiej. Nie muszę być szybszy od Niego. Muszę tylko wywrzeć na Nim takie wrażenie. Jeśli się uda – pokonam Go. Zaczynam biec sprintem. Nie ma mowy abym utrzymał taką szybkość do końca, ale liczę że nie będzie to konieczne. Mój rywal nie odpuszcza ani o jotę. Jak express mijamy dublowanych zawodników. Serce wali mi jak młotem a przed oczami robi się ciemno. Przebiegliśmy już pół Podwala, a sytuacja się nie zmienia. Czuję że nadchodzi kryzys. Za chwilę będę musiał zwolnić. Najwyraźniej Go nie doceniłem. Spróbuję trochę odpocząć i zaatakować ponownie przy skręcie na Długą, 100 metrów przed metą. Ale zaczynam wątpić w wynik tej walki. I w tej chwili, dwie, trzy sekundy przed tym, kiedy musiałbym zwolnić, słyszę że został pół metra z tyłu. Może chwilowa strata rytmu, a może odpuszcza? Po kilku krokach już jestem pewien. Dystans rośnie. To natychmiast dodaje mi sił. Teraz nie wolno zwolnić! Trzeba wykorzystać jego kryzys i uzyskać bezpieczną przewagę. Jeśli tego nie zrobię, On może odzyskać wiarę i zniwelować straty. Sięgając do najgłębszych rezerw, ciągnę „na maksa” aż do końca Podwala. Skręcając w Kilińskiego odwracam się po raz pierwszy. Mam już ze 20 metrów przewagi. To powinno wystarczyć. Zwalniam. Nie mam zresztą innego wyjścia, dałem już z siebie wszystko. Ulica Kilińskiego jest krótka. Za chwilę zakręt w lewo w Długą i zaraz meta. Co chwilę się teraz odwracam kontrolując dystans. Utrzymuje się cały czas ok 15-20 metrów. Jestem już pewny swego. Już nic mi nie grozi. Spokojnie mijam linię mety. Rozpiera mnie radość. Stoczyłem twardą walkę i wygrałem. Po chwili pokonany rywal składa mi gratulacje. Z uśmiechem patrzę mu w oczy. Jestem mu wdzięczny. Gdyby nie on nie przeżyłbym tej satysfakcji. Żeby walczyć, trzeba mieć z kim. To właśnie jest wspaniałe w sporcie. On też ma tego ducha. Tak samo jak ja walczył jedynie o to cudowne uczucie zwycięstwa. Dziś przegrał, ale z pewnością nie raz jeszcze będzie górą.
Opracował: Ryszard Łukaszewicz (sierpień 2002)
|
|