|
Powrót na poprzednią stronę |
Ryszard Łukaszewicz relacjonuje:
|
Ustka by night 17.08.2002 |
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||
|
Święto w czwartek stwarza możliwość, po uzyskaniu 1 dnia urlopu w piątek, wykorzystanie tzw.
długiego weekendu. Wielu publicystów krytykuje długie weekendy w telewizji i prasie,
twierdząc że rozwala nam to gospodarkę. Zawsze zastanawiam się, słysząc bądź czytając takie
wypowiedzi, czy ich autorzy są pracoholikami, dla których dzień poza biurem to straszna męka,
czy też hipokrytami namawiającymi do pracy innych, a samemu ładujących się do swoich
lśniących
bolidów i mknących w mniej lub bardziej interesujące plenery. Uważam że człowiek musi mieć
coś z życia poza pracą. Długi weekend umożliwia zaś wyjazd na dłuższą wycieczkę. Jako
zaprzysięgły biegacz, staram się zawsze łączyć takie okazje z udziałem w zawodach biegowych.
Tym razem skusiłem się na półmaraton nocny w Ustce. Brzmiało to bardzo
obiecująco: najpierw
kąpiel w morzu a potem bieganie po kurorcie przy blasku księżyca, kiedy nie dokucza już palące
słońce.
Ustka dla mieszkańca Warszawy to niemal koniec świata. Beznadziejne drogi na Pomorzu sprawiają, że podróż zabiera więcej czasu niż, przy odrobinie szczęścia, wystarcza na dojazd do Berlina. Kiedy zmęczony drogą podróżnik dotrze wreszcie do celu i liczy na romantyczny odpoczynek przy akompaniamęncie szumiącego morza, okazuje się że najpierw trzeba znaleźć choć z pół metra kwadratowego wolnej od zalegających wczasowiczów plaży. Zresztą aby się do niej dostać trzeba przedtem pokonać nadmorski deptak, co grozi połamaniem żeber. Oglądając nieprzebrane tłumy wczasowiczów, pomyślałem z radością że dobrze rokuje to frekwencji w biegu. Bardzo lubię startować w licznie obsadzonych zawodach. Niestety zmęczeni słońcem urlopowicze zdecydowanie preferują „maratony” knajpowe, o czym przekonałem się, gdy mocno „zmęczeni”, za to bardzo głośni „maratończycy” wracali na dobrze zasłużony odpoczynek o 2,3 czy czwartej w nocy, przechodząc pod oknami naszej kwatery. Dokładniejszy rekonesans pozwolił nam się zorientować że Ustka jest bardzo ładnym miasteczkiem, a klifowe, podmywane wodą wybrzeże przepiękne, trzeba się tylko trzymać z daleka od głównej plaży i deptaka. Znaleźliśmy bardzo fajne miejsce, z względnie luźną plażą w okolicy Orzechowa, ok 4 km na wschód od miasta. Z dala od hałaśliwych tłumów zastosowaliśmy w piątek i sobotę BSP (bezpośrednie przygotowanie startowe) w postaci zalegania plackiem na plaży przerywanego wypadami do smażalni na znakomite, smażone rekiny i inne flądry. Po tak owocnych przygotowaniach, pełni nadziei na doskonałe rezultaty, udaliśmy się w sobotni wieczór na miejsce startu. Trasa półmaratonu została wytyczona w środku miasta przez intensywnie zabudowany, płaski teren. Składała się ona z 8 pętli po ok 2550 m. poprzedzonych jedną krótszą. Pętla była poprowadzona tak pomysłowo, że w 1/3 jej długości przebiegało się przez główny plac miasta, po czym zataczało się łuk i w 3/4 długości pokonywało się ten plac w przeciwnym kierunku. Dzięki temu, stojący tam kibice mogli oglądać każdego zawodnika aż 16 razy. Start i meta były usytuowane obok stadionu, na terenie którego znajdowało się zaplecze imprezy. Krótkie pętle sprawiły ze szybko zaczęło dochodzić do dubli. Uważam że było to bardzo korzystne: dla zawodników, ponieważ na trasie ciągle się coś działo, kogoś się mijało, ktoś nas mijał, nie było tej monotonii długiego biegu, gdy stawka się rozciągnie, i często nie widać nikogo przed sobą ani nikogo za sobą; dla widzów, bo ciągle kogoś widzieli i nie musieli się nudzić. Trudne zadanie stało jedynie przed sędziami, liczącymi każdemu kolejne okrążenia. Wywiązali się oni z tego zadania znakomicie. Podobnie jak marynarze i policjanci zabezpieczający trasę. Start do biegu nastąpił o 20.30 przy świetle dziennym, ale bardzo szybko ściemniło się i zrobiło nastrojowo. Liczne drzewa zasłaniały światła latarni i miejscami było bardzo ciemno. W okolicach startu i mety zgromadził się całkiem spory tłum widzów, żywiołowo reagujących na pojawianie się kolejnych zawodników. Wielu „prywatnych” kibiców rozstawiło się na trasie, zwłaszcza na owym placu, gdzie mogli dopingować swoich faworytów co kilka minut (w tym miejscu serdeczne podziękowania dla Żony). Wielu spacerujących wczasowiczów, którzy przypadkiem znaleźli się wzdłuż trasy, również nagradzało biegnących oklaskami. Dzięki pętlom sprawiającym że wielokrotnie przebiegało się obok tych samych ludzi, towarzyszyło nam wrażenie nieomal nieustannego dopingu, zupełnie nieznane w polskich realiach. Wszystko o czym napisałem powyżej sprawiło że biegło się przyjemnie a czas upływał szybko. Niestety zbyt szybko, wyniki (przynajmniej moje) były przeciętne. Może sprawiła to parna pogoda. Po biegu wyczerpani herosi mogli napić się piwa i posilić grochówką. Bardzo szybko dostępne też były komunikaty końcowe, co wcale nie jest takie częste. W sumie była to świetnie przygotowana i przeprowadzona impreza. Udział w niej oraz trzy dni spędzone nad morzem z nawiązką zrekompensowały nam trudy podróży. Z dziennikarskiego obowiązki poniżej podaję zwycięzców biegu:
Opracował: Ryszard Łukaszewicz (wrzesień 2002)
|
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||